ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

PRZYPADKOWY WĘDROWIEC. Rozmyślania dziecka "nowej epoki".

16 Dec 2005 :: 23:01

WSTĘP

Czy kiedykolwiek osiągniemy cel? Czy idziemy godnie po wyznaczonej ścieżce? Czy może wszystkie drogi wybierane są przypadkowo? Czy nasza tułaczka ma w ogóle jakiś cel?
Ilekroć rozmyślamy nad sensami, które kierują naszą życiową drogą, każdorazowo otrzymujemy jakby silnię ilości pytań. Mnożą się one, miast ubywać... Po to jednak jesteśmy ludźmi MYŚLĄCYMI, aby te pytania stawiać. Dobrze, że choć wątpimy, nikt na nic więcej bowiem niż na wątpliwość się nigdy nie zebrał. Bo tak naprawdę nie wiadomo, czy odkrycie sensu naszej drogi nie jest czasami naszym końcem...
Na okładce pracy znajduje się obraz Hieronima Boscha „Syn marnotrawny”. Wybrałem go, ponieważ idealnie wyraża wnętrze człowieka: niedoskonały, błądzący, zły, zepsuty i paradoksalnie dobry, miłosierny, przyjacielski i troskliwy. To jest człowiek! Wieczne rozerwanie, rozbicie pomiędzy światem zła a Wszechświatem dobra. Każdy z nas błądzi, poszukując wyznaczonych ścieżek. Zupełnie jak biblijny syn marnotrawny, tak samo jak brudny, zniszczony życiem człowiek z obrazu Boscha. Malarz na zwykłym płótnie w niezwykły sposób wykonał najgłębsze studium nad człowiekiem. Mianowicie studium nad jego zagubieniem i rozbiciem.
Moja praca próbuje choć po części przeniknąć przez trywialność świata materialnego do świata niezgłębionej czasoprzestrzeni. Zdaję sobie jednakże sprawę, że stawia jeszcze więcej pytań, aniżeli udziela odpowiedzi. Nie jest to przypadek. Wszak droga człowiecza to odwieczna, nierozwiązana, nurtująca pokolenia zagadka...


„PRZYPADKOWY WĘDROWIEC
Rozmyślania dziecka "nowej epoki"

„W nas jest Raj, Piekło
i do obu szlaki...”
(J. Kaczmarski – „1788”)

Gdzie ja jestem? Czy znalazłem się w miejscu, do którego od długiego (dłużącego się tylko mentalnie) czasu wędrowałem? Nie wiem czy droga, jaką przebyłem miała sens i czy coś zmieniła w moim życiu... Nie chcę odpowiadać na pytania, które zostały wyjaśnione przez Ideał podczas procesu stwórczego. Dlaczego? Po co? Dla kogo? Z jakiej racji? Prócz tych pytań uderzających w pustkę zmęczonych cielesnością neuronów, nie słyszę nic. Chcę zrozumieć gdzie się znajduję i co się ze mną działo podczas zatracania mojego żywota.
Dookoła mnie rozpościera się gęsta sieć pajęczej bieli. Farba, która tylko częściowo pokrywa ściany starego budynku, wygląda jak gdyby wiele pytań takich jak moje uderzyły o jej nieustającą nicość. Nie rozumiem jak się tu znalazłem. Pamiętam jedno: jestem człowiekiem. Nie żadną tam maszyną, każdorazowo odpowiadającą tak-tak, nie-nie. Zdumiewam się nad sobą, rozkoszuję się gwiaździstością daną mi u podwalin mojego dziecięctwa. Bo muszę powiedzieć, że człowiek jest gwieździsty. Może to się wydawać niedorzeczne, wszak fizycznie dalece odbiegamy od budowy ciała niebieskiego. To jednak tylko anatomia, zwykły zbitek autonomicznych molekuł i atomów, które w połączeniu jednak tworzą niezrozumiały od wiek wieków twór – homo sapiens sapiens. Zdeformowany obraz Boga, nie mający pojęcia, gdzie się udać i po co, a mimo tego pędzący z pełnym przyspieszeniem przed siebie. Ewolucja nie wyrobiła w nas odruchu, w którym cofalibyśmy się przed tym, co nieznane. Już od maleńkości dotykamy, poznajemy, sensualnie wchłaniamy całą istotę świata, nie dochodząc przy tym nigdy do prawdziwej ISTOTY, tej z kropką nad i.
- Proszę pana! - ktoś wyrywa mnie z ekstatycznej wizji.
- Proszę pana! - ten głos nie daje mi spokoju.
- Niech się pan nie denerwuje. Znajduje się pan pod wspaniałą opieką w szpitalu imienia świętego Franciszka. Czy przypomina pan sobie, co się stało? – ten zlepek kilku słów zdawał się być koszmarem, ale nie – to jednak jawa. Brutalny, oskalpowany z podwalin raju, a nawet czyśćca świat. Odpowiedziałem:
- Nic nie pamiętam! Wiem, że jestem człowiekiem, miła pani.
- Miał pan straszliwy wypadek, proszę się zdrzemnąć.
Wypadek, wypadek,...padek, upadek,...ek, wypad..., ...dek. Tak niepojęty termin dla człowieka, który podążał zawsze prostą, niczym nie skalaną drogą. Skalaną tylko tym, że muszę współżyć w środowisku, które odrzuca jakiekolwiek formy współżycia, egzystując w niezrozumiałej wędrówce do... Właśnie! Do czego? Do mamony, do tego wstrętnego bożka, który potrafi wyzuć człowieka z życiodajnego soku i przeistoczyć w oddychającego robota, żądnego sławy i kariery? Do mitu poukładanego urzędnika, który bez skrupułów podstawia nogę własnemu Bratu, który za niego pozwolił się przybić do Krzyża i który skamlał, aby dobić kilka gwoździ do jego okrwawionych stóp? Do czego podążałby dzisiejszy człowiek, gdyby nie została przełamana bariera dźwięku i światła? To byłoby dopiero życie. Symbioza, bez paradoksów, bez obłudy, prawdziwa fascynacja światem. Wtedy rozważania filozoficzne nie mogłyby poróżniać ludzi. Podświadomie tęsknie do takiego świata. Wyobrażenie o nim było od dawien dawna zakodowane w mym mózgu. Ktoś stworzył nam szufladkę, niepozorną, szarą szufladkę, w której zachowaliśmy pamięć o utraconym raju. To dzięki tej szufladce tęsknimy i ilekroć wędrujemy – zmierzamy właśnie tam. Do ostoi naszych skołatanych żądz, buchających płomieniami bylejakości i masowej orgii. To nie my chcieliśmy być wykorzystani na początku, to początek wykorzystał nas, aby świat ułożył się w hierarchię taką, jaką mamy, a nie inną, nie kosmiczną, nie metafizyczną...
Otworzyłem oczy. Wszystko mi się rozmywa, twarze wykrzywiają się przeraźliwie, powietrze wygląda jakby zapadło na trąd. Ta sama osóbka mówi do mnie:
- Proszę pana. Ocalał pan z katastrofy lotniczej. Pan jako jedyny.
- Ale dlaczego ja myślę, proszę pani? Dlaczego głowię się nieustannie nad mą duszą? Nie obchodzi mnie ciało, chcę zrzucić kajdan materializmu i uwolnić się spod knuta ludzkości, spinającego moją krtań w krwawym ucisku. – mimowolnie robię jej wyrzuty. Po co? Przecież to ja jestem sobie winien, że nie zginąłem. Każdy, kto przeżywa choć sekundę na ziemi, jest temu winien, dlatego, że chce wędrować dalej. A chęć do podróży jest w tym przypadku samą podróżą.
- Pan majaczy, bredzi! Przeraża mnie pan. Nie będziemy pana budzić, proszę odpoczywać. – ze strachem w oczach powiedziała pani ubrana na biało niczym śmierć. Paradoksalnie: u kresu zawsze spotykamy się ze śmiercią, ale ta kobieta to tylko jej metafora. Nie wiem sam czy mam się z tego cieszyć.
To, że jestem w szpitalu to tylko otoczka. Rzeczywiście przypominam sobie. Leciałem samolotem, nie wiem gdzie, kiedy on uderzył w ziemię. Jakieś krzyki, płacz, krew i swąd spalenizny. Dotknąłem swojego czoła, nosa, oczu, języka. Tak, to jestem ja! Żyję! Żyję! Teraz odezwał się we mnie ludzki materializm, jakże typowy dla mojego pokolenia. Ciało jest tylko opakowaniem duszy. Co z tego, że ocaliłem opakowanie, kiedy muszę się troszczyć o zawartość? Dlatego rozmyślam, ponieważ moja dusza chce być łechtana pamięcią o niej. Chce czuć się potrzebna i niepowtarzalna. Dusza to sens, a droga, jaką przemierzam, moje życie silnie jest z nią zespolone. Z każdym uwewnętrznieniem się moja człowiecza dusza ulega odrestaurowaniu, aktualizacji i niczym nie zmąconemu uduchowieniu (dusza staje się bardziej duszą, potem najbardziej duszą, potem najnajbardziej duszą, z kolei najnajnaj... – tak wytłumaczyłbym to, gdybym rozmawiał z rozumnym człowiekiem, który pojąłby metaforę, sens drogi bez ubierania moich myśli w jakże szpecące i ubożące ją słowa).
Nareszcie zasnąłem. Przez cienką siateczkę ciszy słyszę wołanie:
- Człowieku! Człowieku! Słyszałem, że jesteś człowiekiem... Zbudź się.
Odpowiedziałem zdziwiony:
- Tak, dobrze słyszałeś. A kimże jesteś wędrowcze fikcyjnych światów? Z kim mam przyjemność dzielić mój skołatany sen?
- Jestem Odys. Szukałem swojej Itaki jeszcze dłużej, aniżeli ty będziesz szukał ukojenia dla duszy. Te pytania, które sobie stawiasz są owszem i mądre, jednak mądrość wymyślił człowiek, aby schować za jej plecami swoją okropną głupotę.
- Dlaczego szukasz swojej wyspy?
- Chcę móc dalej wierzyć.
- A po co chcesz wierzyć?
- Chcę tak jak ty móc nazwać się człowiekiem. Sama moja wędrówka jest najważniejsza. Ja nie szukam wyspy, błędnie się wyraziłem. Chcę móc szukać wyspy, chcę podróżować, rozkoszując się metafizyką drogi. Naprawdę nie jest dla mnie ważny cel. Chcę odczuwać szczęście, przez wędrówkę dążę do zaspokojenia wielkiego głodu jego rozkoszy.
- Co też zmienia, jak wpływa na ciebie ta droga, jej trudy i odczuwanie?
- Pozwala mi być szczęśliwym i spełniać się pośród złud, wymijać wszystkie widma, wszystkie widziadła i strzygi. Pozwala mi wierzyć, co pomaga mi walczyć ze swym życiem. Bo czymże jest życie, jeśli nie wędrówką? Dostrzeż to i udźwignij tę ciężką zbroję, narzuconą na twe barki. Każdy mocuje się z takim pancerzem. Niby to nas ochrania, a tak naprawdę stwarza ułudę, abyśmy przy pierwszej lepszej okazji do ucieczki, czuli się bezpieczni i spróbowali walczyć. Uwierz w swoją drogę, a na pewno uda ci się nieustannie nią kroczyć. Nie zdobywaj celu tak łatwo, włóż w to trud. Tak, ogromny to sens filozoficzny – trud. Pokochaj go, aby móc później zniszczyć i nabić na włócznię swego szczęścia i niezakłóconej pierwiastkiem zezwierzęcenia idealności duszy...
- Odysie, poczekaj, mam jeszcze kilka pytań...
- Po to kroczysz drogą, po to wkładasz w nią trud, aby znaleźć odpowiedzi na te pytania. Po to urodziłeś się człowiekiem, żeby odpowiedzieć na pytania, które są ludzkości stawiane od bardzo dawna. Odchodzę z twego snu.
Miał rację Odys, mówiąc, że metafora drogi, sam sens pogoni, wędrówki, pozwala na aktualizację trudu. Samo kroczenie do wcześniej wyznaczonego celu ulepsza ten trud, pozwala stać się sprawniejszym uczuciowo i przezwyciężać wszelkie przeciwności.
Tak naprawdę żyjemy dla drogi. Nie wiem skąd mam takie przeświadczenie, ale ŻYJEMY DLA DROGI. Doszedłem do tego nie dlatego, że jestem w szpitalu, walczę bowiem o ziemskie życie. To zdanie mam wpisane w swój kod genetyczny. Moi praprzodkowie wędrowali i teraz ja wędruję. Ogromnie się cieszę, że wędrówka ma sens. Przecież nieustannie kroczymy jakimiś drogami i bardzo to cieszy, że nie robimy tego bezsensownie. Tak naprawdę uwielbiamy kroczyć, jesteśmy tylko zwykłymi piechurami w potężnej armii Świata.
Kolejny głos nawiedził mnie dzisiejszej nocy:
- Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, że masz rację, mówiąc, że droga ma sens.
- A kimże ty jesteś?
- Jestem Jezus Chrystus. Przebyłem męczeńską, pełną wyrzeczeń drogę. Wypalałem się nie dla siebie, ale dla całego gatunku ludzkiego.
- I ty także jesteś wędrowcem?
- A kim jest sam Bóg Ojciec, jeśli nie Wędrowcem? On sam podążał po hiperprzestrzeni, zanim tknął go sens tej drogi i stworzył świat i człowieka. Najprawdziwszym arche był więc sens drogi, droga, kroczenie ku nieznanemu, które jednak tak mocno przyciąga. Po to jesteśmy ludźmi, aby kroczyć, by zdobywać cele i wciąż wyznaczać sobie nowe. Nigdy nie zwątp i nie pozostaw swojej drogi, bo później może się okazać, że to, dla czego lub dla kogo zostawiłeś tą podróż jest nic nie warte. Pomyśl nad tym. Przekaż wszystkim ludziom, żeby zatrzymali się w pędzie cielesnym i poczęli ten najprawdziwszy, najwartościowszy pęd duchowy...
- Jezu, Jezu! – głos uderza o ścianę.
Kolejny Wędrowiec, który właściwie zrozumiał, że bez kroczenia, bez podążania do celu, nie znaczymy nic. Nie jesteśmy wtedy nawet marnością. Czuję, że nie będzie to ostatnia rozmowa tej nocy. Dobrze, naprawdę świetnie się składa. Ludzie z przeszłości mają tak wspaniałe doświadczenia, przemyślenia. Naprawdę warto nauczyć się słuchać zmarłych. Głosy z taśmy świata, z doskonałej biblioteki ludzkich odczuć i pragnień oraz wędrówka każdego z tych ludzi, wędrówka idealnie pojęta, sensowna, mogą być przykładem dla innych ludzi. Przykładem do idealnego postępowania, jeśli takowe jest na ziemi w ogóle możliwe...
Tym razem donośny głos wyrywa mnie z odrętwienia:
- Życie to nie teatr mój drogi...
- Pan Stachura?- od razu rozpoznałem. Ten głos był tak bliski, a zarazem dochodzący z oddali.
- Tak. Czekałem, by powiedzieć ci, że ile słońc przemierzy twój księżyc, tyle zim udźwignie twoja wiosna, tyle lat przebierzy twój kark i tyleż samo spraw załatwisz jednym mgnieniem oka. Wołałem, żeby dać czasowi czas. Myślisz, że po co nawoływałem o czas, po co? Aby człowiek potrafił zatrzymać się i spojrzeć perspektywistycznie na swoje dalsze życie, na kolejne setki lat świetlnych kroczenia. A kroczymy bardzo pokrętną drogą. Jeśli kiedykolwiek zabraknie ci wiary w to kroczenie, przepadniesz. Uwierz, że przemierzasz swoją drogę godnie, a wtedy jutrzenka nagrodzi cię zwycięstwem, nad czym tylko zapragniesz. I rozmyślaj, rozmyślaj człowieku, bo dużo jeszcze przed tobą nieodgadnionego lub tak mało odgadniętego. Zwracaj uwagę na piękno przyrody. Zachłyśnij się czasem powiewem wiatru i trzepotem muszych skrzydeł. Bardzo ważna jest natura podczas pielgrzymowania do kresu życia naszego ciała. Po śmierci ciała dusza synchronizuje się z niczym innym jak właśnie z przyrodą.
- Czy nie po to się właściwie zrodziliśmy, aby móc umrzeć w ciele i narodzić się w przyrodzie? – zapytałem.
- Tak. Właśnie o to chodziło. Tylko o to chodziło przy początku świata. Żegnaj!
Kolejny nawał myśli przegalopował przez mą głowę jak stado frygijskich rumaków. Czyż nie po to wędrowałem przez wcześniejsze zdarzenia, aby teraz w tym właśnie szpitalu rozmawiać z umarłymi? Mogę zdrowym okiem spojrzeć na świat, który mnie otacza. Mogę cieszyć się samą zdolnością dążenia do celu. Mogę kontemplować swoją erystykę, która w cudowny sposób nazywa obecne we mnie uczucia, która tkwi głęboko we mnie, niczym płód w łonie przyszłej matki.
Słyszę jakieś niezrozumiałe szmery. Tak jakby cieniutka nić mojego żywota przenikała przez niewidzialną warstwę płótna, na którym wyobrażone są sceny z Genezis. Koniec świata, koniec podróży kojarzy mi się ze szmerem. Na początku był przeraźliwy dzwonek, pisk wylatującej z komina pary i zostaliśmy wyrzuceni na Dworzec świata. Przez całe życie jeździliśmy różnymi pociągami, aż wsiedliśmy do takiego, który zawiózł nas do Dworca Świata Astralno – Metafizycznego. Dlatego będziemy słyszeć szmer, bo pociąg ze strzępkiem zwłok naszego ciała powoli oddala się, znikając nam z horyzontu. Słyszę szmer głosu:
- Jestem Artur Schopenhauer. Jak najbardziej fikcyjny, choć tak namacalny... Gdy wyobrazimy sobie jakąś istotę, która by wszystko znała, rozumiała i przewidywała to pytanie o nasze dalsze istnienie nie miałoby zgoła żadnego sensu.
- Dlaczego? Przecież istniejemy dalej...
- Tak, ale czy osiągnięcie duchowości, upłynnienie ciała i uwolnienie duszy nie stawia przed nami całkiem nowej drogi, wędrówki? Wchodzimy wtedy z naszej życiowej „via Appia”, z naszej drogi śmierci, na drogę innego, nierozpoznanego życia. Trudno wyrazić słowem to, co wyraża się w całkowicie innych jednostkach. Szkoda tylko, że owe przeliczniki nie są wam - jako ludziom żyjącym materialnie – znane. Pamiętaj, że twoja droga opiera się na metafizyce życia i śmierci. Pierwsze ma sens i łączy się nierozerwalnie z drugim. Prawdopodobnie nikt nie rozdzieli tych sensów. Sensu życia na ziemi i sensu życia gdzieś dalej, w siedlisku naszej duszy.
Głos zamilkł, choć czekałem sporą chwilę na kontynuację myśli człowieka, który zgłębił tajemnicę śmierci już za życia, natomiast tajemnicę życia pojął po śmierci. Nietypowy to przypadek, chyba się ze mną każdy zgodzi. Jednak całe nasze kroczenie opiera się na oksymoronach czynowych. Robimy jedno, myślimy zupełnie co innego. Mówimy tak, myślimy tak, ale... Mówimy nie, myślimy nie, ale... Skomplikowany to twór. Ten człowiek. Ja – człowiek? Ty człowiek? My – ludzie? Nie wiem. Wędrujemy, więc chyba nimi jesteśmy. Wspaniałe jest to, że podążamy do jakiegoś celu, którego najczęściej nie znamy. Najlepiej jest wtedy wierzyć, że się już gdzieś z nim zetknęliśmy. Dlaczego tak mówię? A dlatego, że gdybym to wytłumaczył inaczej, wszystkie moje dotychczasowe czyny okazałyby się wbrew mnie, wbrew mojej wierze, wbrew całemu sensowi, który posiadłem, którym przesiąkłem jak chłonny pęcherzyk płucny, dopuszczający do swojego otoczenia, co tylko maszyneria ludzkiego mózgu sobie zażyczy.
To po to podążam do nieokreślonych krańców. Właśnie po to! Wiem już, dlaczego kroczę w tę stronę, a nie inną. Gdybym nie kroczył nie mógłbym się zwać człowiekiem nigdy, a poprzez moją nieustanną wędrówkę (nie chodzi tu o przemierzanie jakiejś konkretnej trasy, szlaku czy drogi, mam na myśli metafizyczną pogoń za niezbadanym i niepojętym celem), mój nieustanny bieg mogę się tak nazwać chociaż raz w życiu. Każdy wszak ma swoją noc mediolańską. Możliwe, że teraźniejszy pobyt w szpitalu, jest właśnie moim nawróceniem. Nawróceniem z drogi obłudy i fałszu, na drogę nieskalanej komputeryzacją i automatyzacją wędrówki. Moja ścieżka coraz logiczniej zaczyna układać się w myślach. Dzięki drodze mogę odczuwać podstawowe wartości takie jak miłość, nadzieja, wiara, mogę myśleć nad swoim życiem, mogę się zastanawiać. Przecież gdybym nie wywinął się spod łożyska mojej matki, nigdy nie zachłysnąłbym się światem. Nie myślałbym i nie rozważał, bo nie miałbym nad czym dumać. A tak... Mam życie. Do miłości muszę przejść także ogromna drogę. Od poznania jej podmiotu, przez konsumpcję i sprawdzenie czy ma ona sens, aż po sam jej kres (jeśli to MIŁOŚĆ, a nie miłosteczka to o żadnym kresie nie ma oczywiście mowy).
W mojej głowie słyszę dźwięk. Co on przypomina? Przypomina dźwięk gitary. Tak! To jest dźwięk gitary. Czyżbym przeniósł się na anielski koncert, na którym odgrywane są epitafia dla ludzi, mogących raczyć się jeszcze wspaniałym smakiem ziemskiego powietrza? Dla ludzi żyjących - pieśni pośmiertne? Typowe dla niewyjaśnionych zjawisk śmierci i życia. Słyszę zdarty głos swojego mentora. Jeśli słyszę jego, to znaczy, że nikt więcej mnie nie nawiedzi. „O, bracia wilcy, brońcie się, nim wszyscy wyginiecie...!” To Jacek Kaczmarski. Niejednokrotnie rozmawiałem o filozofii tej życiowej właśnie z Jackiem. To on od moich najmłodszych lat pokazywał, że sens drogi jest najważniejszy. To on zachłysnął mnie historią i pokazał wszystkie konteksty historiozoficzne zdarzeń na przestrzeni wieków. On zapoznał mnie z głosami z przeszłości, z tymi zaginionymi, nieodgadnionymi postaciami. Większość się z nim zsolidaryzowała i pomogła mi uformować pewne wnioski w obecnej sytuacji.
Wysłuchałem do końca wspaniałego koncertu, jakim uraczył mnie mój Mistrz. Było tam jeszcze kilka innych osób, nad którymi rozpościerała się aura poszukiwania, zgłębiania metaforycznego sensu drogi. Zagadnąłem:
- I znów się widzimy, Jacek.
- Witaj, wędrowcze. Czy przybyli do ciebie ludzie, których o to prosiłem?
- Tak odwiedziło mnie kilka osób, kilka widm, które pomogły mi rozwiązać wiele dylematów, na które natrafiam będąc człowiekiem.
- To dobrze. Zapamiętaj jeszcze jedno. Jeśli zatracisz wiarę, że to, co robisz ma głęboki i niepodważalny sens, wtedy cała misterna konstrukcja włókienek budujących twoje życie, runie prędzej aniżeli Wieża Babel. Wiele takich bezsensów napotkasz, rzeczy, osób, zjawisk, które zechcą cię odwieźć od wcześniej wyznaczonego celu, ale ty się nie daj. Zapamiętaj, że jesteś człowiekiem, że jeśli zawrócisz ze swojej drogi, jeśli zwątpisz i nie będziesz się trzymał swojego jestestwa, nie zostanie po tobie nic, oprócz nędznego pyłu. I to nie takiego, jaki pozostał po ludziach z Pompejów czy Herkulanum. Oni coś wnieśli do historii. A ty nie wniesiesz nic, bo dużo było ludzi, którzy zawrócili z dobrej drogi na całkowicie inną, wbrew mistycznym prawom predestynacji.
- Mistrzu, a czy można sens metafora drogi w życiu człowieka zamknąć w jakimś jednym zdaniu?
- Można. Posłuchaj, oto fragment mojej „Powtórki z Odysei”:
„Trzeba jeszcze mieć w co wierzyć,
By się z własną Pieśnią zmierzyć...”
Nie porzucaj wiary. Nie zostawiaj tego, co pozwoli ci żyć godnie i wędrować ku nieznanemu. Nie poznasz samego siebie, jeśli będziesz postępował wbrew regułom swojej drogi. Postępuj zgodnie z drogą, krocz równo pomiędzy słupkami, które ci ją wyznaczają. Zboczysz – zginiesz marnie. Dojdziesz do końca – czeka cię upragniony spokój...
- Dziękuję, Jacku! Spotkamy się na pewno na tej drodze, na której czeka nas wszystkich upragnione oczyszczenie.
Nie będę przecież zaprzeczał samemu sobie. Droga jest po to by z niej nie zbaczać? To jest prawdziwa wolność! Móc iść po otrzymanej drodze, aby za sam tylko chód otrzymać wspaniałą nagrodę. Dla każdego coś, o czym od dawna rozmyślał, w co wierzył. Chciałbym nie zejść z drogi, będę się o to starał.
Wywnętrzyłem się przed samym sobą. W normalnym (a może właśnie nienormalnym?), zagonionym świecie nigdy nie zdobyłbym się na tak odważny czyn i słowa. Empiryzm wyraża się na wiele sposobów, ja naprawdę nie oczekuję wiele, pragnę tylko wtulić się w skrwawiony moimi trudami piach tej drogi, którą przemierzam od samego początku. Nie było jeszcze Słowa, a ja już pędziłem, aby nie zatracić się, nie pozwolić swoim mięśniom zastać w miejscu. Nabierałem niekiedy siły, żeby ruszyć kilkakrotnie szybciej. I cel osiągnę prędzej czy później. Nie określę dokładnie czasu i miejsca kresu swej wędrówki. Wiem tylko tyle, że kroczę, bo chcę odczuwać szczęście i żyć całymi swoimi pokładami jonów energetycznych. Żyć jak człowiek, być człowiekiem. A w dzisiejszym świecie, zawładniętym przez pieniądze i maszyny, tylko omyłkowo nazywane „ludźmi”, nie jest to wcale takie proste. Jest wręcz awykonalne, jeśli nie będziesz, człowieku wierzył w sens wędrówki.
Niechaj kroczenie, jakie jest mi dane od samego początku pozwoli na częste nazywanie się człowiekiem i rzeczywistą nim bytność. Nazwę się człowiekiem i będę ludzki. A z nieprzebranej skarbnicy Świata może kiedyś uda mi się wyciągnąć pierwiastek boskości...
Naprawdę nie chcę się obudzić ze snu o wędrówce. Nigdy nie będę bowiem wiedział, czy przemierzyłem tyle, ile chciałem, czy nie został jeszcze szmat drogi przede mną. Wiele zawdzięczam ludziom, którzy żyli wcześniej. To oni zostawili spuściznę myślową, która ułatwiła mi zrozumieć, że droga w moim życiu jest najważniejsza. Priorytetowe ma znaczenie pogoń, odrzucanie wszelkiego trudu na rzecz wspaniałego biegu ku zrozumieniu sensu ontycznego, idei życia. Nie tylko ja nad tym rozmyślam. Myślą ze mną gwiazdy, słońca, galaktyki, ponieważ jestem dzieckiem natury tak jak moi bracia i siostry – ciała niebieskie. Sam chciałbym kiedyś wcielić się w ciało astralne, zachowując jednak zdolność rozmyślania nad swym bytem i postępowaniem. Zachowaj mnie, Panie od wszelkiej pogardy dla swojej drogi. Nie pozwól, abym sczezł już na samym starcie. Pchnij mnie nożem w plecy, który pozwoli mi na kontynuowanie biegu, który zmusi mnie do szybszego przebierania nogami, mózgiem, językiem i uczuciami. Tak niewiele potrzeba mi, Mistrzu, tylko kroczyć nieustannie aż do osiągnięcia pozwolenia na kolejny żywot. Utwierdź mnie, Władco na licach tej ziemi i pozwól wgryzać się chciwie do jej wnętrza. Uwielbiam całować suknię Wszechświata, bo to czyni mnie coraz mocniejszym. Pokora podczas wędrówki... Tak niewiele potrzeba...


* * *
- Obudź się skarbie! Co ci jest? Jesteś cały spocony? Czy śniło ci się coś złego? Wezwać lekarza?
- Śniło mi się, że jestem w szpitalu.
- Kochanie, jestem przy tobie, a to chyba najważniejsze...
- Tak laleczko. Tak...
- Jesteś jakiś rozkojarzony? Czy coś ci się jeszcze śniło?
- Tak, przyśniło mi się, że byłem człowiekiem.
- Przecież nim jesteś nadal...
- Nie. Wędrówka trwa nieprzerwanie po to, abym mógł nim być w przyszłości...

Kamil Dźwinel

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij