ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

MARC RIZZO. A ósmego dnia Bóg stworzył gitarę...

09 Sep 2005 :: 17:46

MARC RIZZO
"COLOSSALMYOPIA"

1.Kilocycle Interval 5:14
2. The Piata Hits Back 7:13
3. Pantheistic Utopia 5:37
4. Remember The Future 5:12
5. Infinity 2:53
6. Synapse 4:32
7. Chupacabra 3:30
8. Llevame 3:21
9. Cascades 2:38
10. Polarity Vortex 3:28

Jestem już za stary na bajki o miłości od pierwszego wejrzenia. Jako przedstawiciel rasy wzrokowców: najpierw pożeram oczami, potem obracam w rękach, dopiero z upływem czasu, a i to nie zawsze przecież - rodzi się we mnie uczucie.
Z muzyką jest jak z kobietą... Są płyty, na które nawet nie warto spojrzeć, które omija się z daleka. Są takie, co to ani ziębią, ani grzeją, ot można ich posłuchać podczas wykonywania domowych czynności. Są wreszcie i takie płyty, które powodują szybsze bicie serca, drżenie rąk i zwiększone wydzielanie śliny. Możesz mieć wiele płyt, ale zakochujesz się tylko w tej jednej. A potem w następnej i następnej...
Z albumem Marca Rizzo jest podobnie jak z kobietą. Zmierzyłem wzrokiem i pomyślałem: "A co ci zależy? Może coś z tego będzie?". Już na pierwszej randce okazało się, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Nazwisko Marca Rizzo - pogódźmy się z faktem - jest raczej nieznane. Jedynie fani takich kapel, jak Nino czy Soulfly - kojarzą go jako wioślarza w tych osadach. Jak to często bywa z gitarzystami zespołów grających na jedno kopyto - Marc Rizzo próbuje odreagować na boku, realizując własne projekty. I jak to często z gitarzystami - renegatami bywa: są to zupełnie odmienne stylistycznie wybory, niż te dokonywane podczas nagrań macierzystego zespołu.
Można sie domyśleć, że album jest instrumentalnym popisem wirtuozerii Rizzo. Domysły to słuszne. Marc Rizzo może nie należy do najszybszych sprinterów w stawce, jednak śmiało można go zaliczyć do czołówki peletonu. Uchyliłem już rąbka tajemnicy: zawartość "Collosalmyopia" daleka jest stylistycznie od muzyki Soulfly. I właśnie kierunek, który obrał Rizzo, jest największym atutem tego wydawnictwa. Gdyby pokusić się o sprecyzowanie gatunkowe albumu, trzeba by się nieźle nagimnastykować, gdyż - jak to kobieta - płyta zmienną jest. Zaczyna się bowiem od niezłego kopa, by nagle - niemal schizofrenicznie - przejść w siarczyste flamenco, z kastanietami włącznie.
Każda następna randka z tą płytą dostarcza przyjemności poznawania coraz to nowych jej zalet. Oto bowiem ujawnia się południowoamerykański temperament naszej wybranki. Skojarzenia z... Carlosem Santaną nasuwają się same: podobne latynoskie klimaty, gitarowa samba w najlepszym wydaniu. Rizzo okazuje się przy tym całkiem ciekawym kompozytorem. Bawi się konwencjami jak kot z upolowaną myszą (kto widział, ten wie, co mam na myśli). Zabawa to porywająca. Ma się wrażenie, że nawet głuchy i sparaliżowany zacznie zaraz przytupywac do taktu.
Obok momentów karnawałowych (oczywiście z Rio...) bywają tez chwile romantycznego liryzmu. Rizzo potrafi zwolnić i pokazać, że swą gitarą umie też zbudowac nastrój. Pierwszą niespodzianką jest ósmy utwór będący beztroską piosenką, wyśpiewaną żeńskim głosem, jak za najlepszych czasów Glorii Estefan.
Dla wszystkich adeptów gitary płyta Rizzo stanowić będzie smakowity kąsek. Oczywiście, jak każda kobieta, i ta płyta nie jest pozbawiona niedoskonałości. Można je jednak wybaczyć... Mankamentem są rozwiązania muzyczne pewnych utworów: nuży trochę monotonia fraz, kilkuminutowe sola na tle tych samych, w kołko powtarzanych kilku akordów.
Sporym nieporozumieniem jest utwór jedenasty. Wygląda to na wypadek przy pracy producenta płyty. Oto bowiem, uwiedzeni nastrojem poprzednich utwórów, rozmarzeni i zamyśleni, dostajemy w twarz wyziewem spod znaku Sepultury. To tak, jakby na płycie Ireny Santor, pomiędzy dzikimi plażami, których już nie ma a walcem embarras, wydawca płyty umieścił takiego Vadera na przykład... Ale co tam. Czego się nie robi dla pięknej kobiety, tzn. płyty... Trzeba przeczekać i upajać się nią od początku.
Takiej płycie warto dać się uwieść. Ten romans na długo zostanie w pamięci. Ma też jeszcze jedną zaletę: nie pozostawia kaca moralnego.
Polecam album Marca Rizzo.

simon

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij