ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Sopot Festiwal 2005 z Bursztynowym Słowikiem czyli jak zebrać dobre recenzje pospolitym kwikiem

04 Sep 2005 :: 16:50

W tym roku Sopot Festiwal odbywał się w dwóch odsłonach w TVP1 oraz TVN, odrębnych i przysparzających, trzeba przyznać, wielu wrażeń i to różnych wrażeń. W sobotni wieczór miał miejsce Konkurs o nagrodę „Bursztynowego Słowika” oraz „Słowika Publiczności” (promowany przez telewizję TVN), a że nie było mnie w Sopocie, to zasiadłam przed telewizorem początkowo dość ochoczo, gdyż - nie ukrywam - piosenka Goyi „Mój” oraz EMI „Nie walcz” tak mi ostatnio wpadły w ucho, że uwolnić się od nich nadal nie mogę smile .
Fakt, że na wstępie zaatakował mnie 10 minutowy blok spotów reklamowych, pomijam, ale niestety od tego zaczęła się długa lista rozczarowań..

Kiedy dotrwałam wreszcie do końca reklam, uderzyła mnie informacja, że „finalistami” są: Łzy, Virgin, Mandaryna, Andrzej Piaseczny, Ewelina Flinta i Krzysztof Kiljański. Oczywiście pierwsza myśl brzmiała: „łojezuu.. gdzie są nasi”, ale trwałam dalej przed TV, gdy wtem zabrzmiało „Przepraszam cię” Łez. Muszę przyznać, że kompletnie się załamałam. Nie rozumiem jak to się stało, że ktoś tak zupełnie pozbawiony głosu śpiewa w konkursie piosenki festiwalowej. Owszem, wiem co znaczy trema, jak może człowieka spiąć, tyle że na estradzie są na to sposoby np. można zaprzęgnąć publiczność do wspólnego śpiewu. Jakby nie było wokalistka bez kompletnie żadnej emisji: niesłyszalna, płaskim, cienkim głosem dusiła utwór, również jakiś niespecjalny, no ale już nie będę się czepiała wszystkiego. Nie wiem jeszcze, który utwór Łez wypadł bardziej beznadziejnie. Otóż wszyscy wykonawcy po zaprezentowaniu swojej piosenki konkursowej śpiewali znane polskie covery, przy czym w przypadku Łez był to „Do zakochania jeden krok” Andrzeja Dąbrowskiego. O zgrozo!, to wykonanie wypada mi przemilczeć, ponieważ załamać się to mało, słysząc jak wokalistce głos doszczętnie uwiądł w ściśniętym gardle, a linia melodyczna przestała w ogóle istnieć. Cóż, ja bym się chyba potwornie wstydziła po takim występie, ale cyrk miał się dopiero rozpocząć..

Jury stanowiło grupkę artystów dobrze z TVNu znanych, którym przewodziła Ewa Bem. Siedząc w wielkim żółtym ni to talerzu ni to ulu (na przeciwko sceny) oceniali na bieżąco występy i nie wiem teraz do końca, czy to właśnie jury nie było największą farsą wieczoru, gdyż cały schemat programu, przypominał do złudzenia programy w stylu „Drogi do gwiazd”. Członkowie jury zachwalali każdego wykonawcę jako najlepszego i najzdolniejszego oprócz biednej Mandaryny, którą mam wrażenie wyłącznie konwencjonalnie zmieszali z błotem, bo tak trzeba (choć nie wszyscy), ale o tym później.
Po nieszczęsnych Łzach zaprezentował się Krzysztof Kiljański, jak można się było spodziewać –spokojnie i refleksyjnie. Gordon Haskell - jako sopocki juror - stwierdził, iż poczuł zew Chrisa Rea i miało się wrażenie, że Kiljański jest po prostu na poziomie.
Potem pojawiła się Doda (wokalistka zespołu Virgin), która przeważnie bywa nie na poziomie, by odśpiewać „Znak pokoju”. Zapowiadana jako najbardziej rozchwytywana przez paparazzich seksbomba, na scenie pokazała się jako przeżywająca mocno całe to wydarzenie dziewczyna. Zaśpiewała zupełnie dobrze, słyszalnie, z autentyczną radością eksplodującą z wewnątrz, by później zrobić mały szoł i zostać wyniesioną przez męża – Radosława Majdana - ze sceny.
Szkoda, że jury zamiast oceniać jej występ i mówić o niej, rozwodzili się nad krótkim epizodem męża – bramkarza na scenie, ale cóż.. Widać było bijącą z Dody radość z Sopotu i szkoda, że w takiej sytuacji miał ją przyćmić nienaumyślnie mąż.
Koncert Eweliny Flinty był niezaprzeczalnie najbardziej udanym spośród wszystkich konkursowych, gdyż to rozpoznawalny już i silny głos, a sama Flinta ma swój profesjonalizm, który pozwolił jej bez problemu wyrazić się na scenie.

Katastrofa „piaseczna” miała dopiero nadejść.. Pamiętam kiedy oglądałam stare transmisje z Jarocina, gdzie Piaseczny z długimi blond włosami jako grunge pogował po scenie i śpiewał dobrą, niezależną muzykę. Teraz w Sopocie swoimi manierami wokalnymi potrafił nawet rozwalić hit Various Manx „Zanim zrozumiesz” – śpiewany kiedyś delikatnie i zarazem dramatycznie przez Lipnicką; w wykonaniu Piaska przeciągany i kompletnie zbezczeszczony. Wzdychając i przeciągając dźwięki, Piasek śpiewał m.in. „ona ma siłę (...) umierała długo, teraz rodzi się lekko”- na jedno kopyto, bez wyrazu, przy czym gdy pamięta się TĄ siłę w wykonaniu Lipnickiej i TĄ lekkość w interpretacji, to Piasek, mówiąc wprost, popełnił gniota. W opinii jury dał oczywiście nieomalże najlepszy koncert w życiu i wszyscy byli już jego wielkimi fanami od dawna... więc .. szkoda słów.. ble

Dopiero za chwilę, gdy po schodach scenicznych schodziła w pół-mroku Mandaryna, śpiewając (?) wokalizę (?) – miała się zacząć parodia Sopotu. Rzetelnie stwierdzam, że nie wiem co to było, bo nas z ojcem zamurowało, ale powinna zwolnić tych, którzy jej ten wstęp wymyślili, znając jej możliwości. To był bardzo wolny początek, w każdym razie dla osoby bez słuchu i bez głosu do wykonania nierealny. Uśmiechnięta Mandaryna nie przejęła się jednak i zabrzmiał hit „Ev`ry night”. Nasłuchałam się już, że jej występ w Sopocie ma udowodnić, że ona potrafi śpiewać i nie rozumiem czy to plotki czy Mandaryna faktycznie strategicznie sama się tak pogrążyła, bo to chyba jasne, że jeśli ktoś podryguje po całej scenie, śpiewając jednocześnie bez najmniejszej zadyszki przez czas długi i dłuższy – to jest to playback bądź półplayback i tyle.
Jakkolwiek postanowiła wszystkich olśnić i Ev`ry night było autentycznie niespotykanym doświadczeniem! Nie widziałam nigdy w życiu, żeby o „Bursztynowego Słowika” walczył ktoś, kto zupełnie śpiewać nie potrafi. Trzeba jasno powiedzieć, że nie ma Mandaryna ani słuchu ani głosu, ale przyznaję, że „radocha”, jaką miała ze śpiewania, mi się udzieliła happy
Widziałam kiedyś w niemieckiej telewizji program, w którym dziennikarze angażowali z ulicy różne osoby, przeważnie młode, proponując im nagranie piosenki. Program udowadniał, że wcale nie trzeba mieć talentu, żeby nagrać względnie poprawną piosenkę, bo dziewczyny które nie miały ani słuchu ani głosu nagrywały utwory, po czym komputer korektował wszystkie niedociągnięcia. Następnie puszczano piosenkę już „ulepszoną” i faktyczne nagranie ze studia – dla porównania. Człowiek sobie uświadamiał, że korektować można wszystko!

Nie ma się tutaj nad czym rozwodzić, ze śpiewania były nici i z podrygów też nici – bo w końcu trzeba śpiewać wink , ale przyznaję, że szczęśliwa była z koncertu i trudno jej się dziwić, gdyż Sopot to jeden z tych prestiżowych polskich festiwali, przynajmniej do roku 2005 rolleyes i na pewno niewielu ma szansę tam wystąpić. Z jednej strony to ona na pewno uświadamia ludziom, że niekoniecznie mając talent, można się znajdować np. na takich festiwalach jak Sopot, występując koło The Scorpions, z drugiej strony od tego mamy nawałnicę pseudo-artystów, w których zero skromności i tylko pchają się w muzyczny przemysł, na różne sposoby nadrabiając brak talentu.
Po występie Mandaryny przyszedł czas na ocenę jury, począwszy od dziennikarza muzycznego, który miał być „znany z ciętego języka i bezpośredniości” – a wcześniej wychwalał pod niebiosa chociażby występ Łez (o zgrozo!), teraz Mandarynie postanowił powiedzieć, że jest beztalenciem, a cała reszta jury miała się z tym zgadzać jednomyślnie. Zbesztali Wiśniewską zupełnie, że aż się kobieta popłakała, nie wiem tylko czy to z tremy czy z tych słów. Jedynie twarz zachowała Ewa Bem, która dyplomatycznie i inteligentnie wyszła z sytuacji, jako jedyna nie pastwiła się bezsensownie nad Mandaryną, dając jednocześnie do zrozumienia, że na konkursie piosenki ta pani znaleźć się po prostu nie powinna.
Dobiła cały program prowadząca - Magda Mołek, która skorzystała z okazji by rzucić ironiczną aluzję Mandarynie, a przez cały program męczyła ciężkim dowcipem, aż ma niestrawność na tą panią rosła i rosła..
Wkrótce poznamy wyniki tej sobotniej historii, choć i bez nich widać, że sopocki konkurs piosenki umiera..

EDIT-PO-WERDYKCIE:
"Bursztynowego Słowika" otrzymał od jury Andrzej Piaseczny za piosenkę "Z głębi duszy", natomiast "Słowika Publiczności" otrzymał zespół Virgin za utwór "Znak pokoju" otrzymując najwięcej głosów przed Mandaryną (miejsce 2.) oraz Krzysztofem Kiljańskim (miejsce 3.).

Cóż.. mam nadzieję, że jurorzy oceniali "Piaseczne" igraszki z publicznością sopocką oraz tekst i muzykę, a nie zdolności wokalne Piaska, tym bardziej nie zdolności interpretacyjne.., jeśli tak to jestem w stanie jeszcze ten werdykt zrozumieć, choć ciężko mi to przychodzi.
Odnośnie nagrody publiczności to zwolennicy Dody atakowali smsami już od momentu jej koncertu, więc od samego początku prowadziła w tym "wyścigu". Z pewnością głosy na nią oddawali nie tylko jej fani, ale i fani Majdana i Wisły Kraków, ale tu akurat nie jestem zdziwiona wynikami.

Mandaryna zgnębiona nawet nie pojawiła się na scenie przy dekorowaniu laureatów, siedziała na widowni. Dzień wcześniej będąc pożywką dla przewidywalnej krytyki jurorów, publiczności również "nie wygrała".
Niby skompromitowana, lecz jej fani nadal piszą na swych stronach:
"Pokażmy, że nie interesuje nas krytyka ludzi, których wiedza o Marcie kończy się na nagraniu z internetu, które jak pewnie zauważyliście zostało zrobione podczas dynamicznej choreografii do piosenki kiedy nie da się śpiewać." (Shania z www.mandaryna.art.pl)

no właśnie nie da się śpiewać..
jeśli tak mają wyglądać "prestiżowe" konkursy piosenki w Polsce teraz to już chyba lepiej, żeby nikt nie śpiewał..

ada

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij