ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Virgo

04 Sep 2005 :: 16:14

W powietrzu rozkwitała woń miejskiego pyłu, mieszając się z zapachem kamienic, ponad zwieńczeniami których falowało zapłonione niebo i kilka nieubłaganych pasemek zdecydowanie rozprowadzonej farby olejnej. Karmazyn. Purpura.
Czerwienny granat, który wszak nie istnieje, a po którym można spodziewać się obietnic z pogranicza światów.
Zarumieniony, upalny schyłek popołudnia zadrżał, gdy ptaki zerwały się spod pomnika poety z piórem w niezwykłej dłoni, zamigotały refleksy światła między pasemkami włosów, słońce zginęło pod kołami tramwaju; zbyt długo wielbiąc własne odbicie w wypolerowanych szynach, by po chwili za wszelką cenę odnaleźć się w srebrzystej wsówce, porzuconej w załamaniu chodnika.
Szybami oddzielającymi restaurację hotelu od zaułka, wpraszał się ogrom rdzawego blasku. Powietrze ciężkie od zapachu późnego lata kołysało pokojem, pokój kołysał dziejami, kiedyś deszcz ugasi żar, ale na pewno nie będzie to dzisiaj.
-...zadziera nosa, chi, chi... bo wiesz, bo ona i Franek... chi, chi...
-...układ gwarancyjny...
-... jeden nauczyciel jak się wtedy upił, to do dzisiaj nie pije...
-Ej !!!- Błyskawiczny obrót na piętach do garstki uczniów nie odstępujących go na krok i tajemnicza myśl pod wysokim czołem: „sen o całowaniu wrogów to pomyślny sen”...-Co wyście się tacy stadni zrobili ?!
Wierzch jego dłoni i światło, bezgrzeszne spotkanie w drodze po paczkę papierosów w kieszeni pasiastych porciąt.
Kiedy siadał przed czarno-białą planszą pianina tak niepodobną do tej, na której grywał w szachy, restauracja była jeszcze koloru rubinów, lecz nieuchwytne pasemka zwiastowały blady zmierzch.
-No ?-zapytał-No i czyje to jest ?
Trudno było posądzić tamte rachityczne paluszki o łamliwych, ptasich kosteczkach o takie allegro i do tego fortissimo.
-Miłosne Czary !
Uśmiechnął się połową ust.
-Gdzie ! Peer Gynt !
Kiedy wstawał, trudno było już przemóc przesilenie wieczoru w ponurym spojrzeniu. Chmury pożerały płomienny rdzeń, półmrok budził życie pod zapowiedzią obłędu i ucieczki.
Restauracja była ogromna, schody kamienne i wyłożone sfatygowanym dywanem barwy wina, korytarz na ostatnim piętrze-wąski i zawiły.
Przystanął, rozpalając drżący w jego palcach koniuszek papierosa.
Cicho tak było niezwykle i radośnie a tylko z dołu dobiegały strzępy sprzeczek i dźwięki pianina, na które ktoś musiał się uprzeć, że je zepsuje jeszcze nim dzień zgaśnie na firmamencie nieba.
W oknie na krańcu, drzewo zakołysało się nieopanowanie na zdecydowanej scenie zachodu, z którego nie nadejdzie pomoc.
-Ja jedna wiedziałam, że to „Peer Gynt”.
Odwrócił się wolno.
-Taa ? A pierwsza krzyczałaś, że „Miłosne Czary”
-To nie ja, tylko Sybilla.





Zdawało mu się ? Urażonego było coś w tonie jej głosu, a jednocześnie przepełniał go dźwięk jakiegoś niewinnego acz mrocznego upojenia. Dziewczyna wsparła głowę o filar.
-Sybilla-szepnął, przyglądając się jej przymrużonymi oczami-Nie ma nawet takiej świętej.
Za dzielącą ich upragnienie kondygnacją- warstwą lodowej podłogi, ktoś jedynym muśnięciem rozproszył zmierzch posądzany o niedorzeczność, sypki popiół diamentowego nieba, drgnęły w zachwycie i uniesieniu kryształowe serca u sufitu, gdyż latem obiecuje się dni wytrwałe a noce poetycznie krótkie i jasne.
Czyjeś oczy- spoglądające płonąco spod aksamitnych powiek szukały sojusznika, drobne, ostre ząbki błyszczały w żarłocznych dziąsełkach, na których nie próżno doszukiwać by się można utajonych kropelek niedawnej krwi.
-Wiesz-szeptała z zapartym tchem-Kogo jeszcze brakuje oprócz Ali i Franka ?
Koleżanka spojrzała na nią błogo i poruszyła lekko wiśniowymi ustami:
-Ach, kogo...?
-Nataszy. Jest w pokoju Fredricha.
Mimo kawalkad chmur na seledynowo przepływającym niebie oraz zegarów wybijających coraz późniejsze godziny, bliskich pęknięciu od nadmiaru przewlekłego czasu, bez pokrycia w kosmicznej materii, w atmosferze dojrzewała wciąż ta sama, emfatycznie ciepła słodkość kwiatów i lemoniady, beznadziejność odczuwana w kościach jak reumatyzm, zmiana pogody i załamanie Wszystkich Czasów.
W szybie otworzonego okna pląsało melancholijnie miasto, światła restauracyj nie chciały znikać, uparte i bezmyślnie ulegające, pragnące wiecznej pamięci owej chwili i natychmiastowego zapomnienia, a jeśli nie, to choćby mistycyzmu zaklętego wieczoru. Pudełeczko w kieszeni szeleściło i pustoszało nieubłaganie. Noc skradała się za plecami Nataszy ciężka jak ołów, przebrzmiała od planet, które utraciły datę ważności.
-...i do tego suita. Choć można ją i znaleźć pod nazwą dramat. Ale to suita. Zawsze była suitą, choć nigdy tak bardzo, jak wtedy, gdy grałem ją w podziemiach Lwowa w osiemnastym, a tamci plądrowali już sąsiednie piwnice.
Zsuwała się z parapetu wolno i monarchistycznie.
-Tamtym chwilom zawdzięczam mój reumatyzm.-rzekł przyglądając się w ciemności swoim dłoniom, po czym wyciągnął je do niej. Zbadała je końcami palców.
-Reumatyzm ?-uśmiechnęła się, niepewnie siadając na pościeli-w tym wieku ?
Spadające gwiazdy topiły się w rynsztokach.
-„Taniec Anitry”, „Poranek” wszyscy kochają „Poranek” ale najbardziej poruszająca w piwnicach Lwowa w osiemnastym, gdy szturmowali już miasto była „Śmierć Azy”
-Bohater z pana.
-Ech-spojrzał na nią, zaciągając się dymem- pani mnie z kimś myli.
I gdy chmury bliskie były by pęknąć i odsłonić praprzejrzystą źrenicę, by zaświecić świat w dole, wezbrać buntowniczą wodą rzek i wylać, gdy zapłonął ostatni czerwony punkcik z paczuszki w kieszeni, wonnej gorzkim, herbacianym zapachem, załomotano do drzwi.
-Wejść !-krzyknął bez namysłu, co trudno mu było wybaczyć, drzwi otworzyły się zamaszyście, Natasza siedziała, z nogami między kolanami Fredricha i papierosem tlącym
się znacząco choć ostatecznie, z nocą osiągającą apogeum, płonącą granatem, spalającą się zapachem rozżarzonych upałem ulic i wszystkimi ich atrybutami, gdy Franek łobuzersko wtargnął do środka, a za nim, nieśmiało, Józef.
-Dobry wieczorek, uszanowanie !-skłonił się Franek ku ziemi–My z takim pytankiem.
-Bo-zająkał się Józef-Bo ja mó-mówię Fra-frankowi.
-A ja mówię: UKŁAD GWARANCYJNY !
Machnął rękami i można było zyskać pewność, że oni, oni dwaj, są w gruncie rzeczy głęboko szczęśliwi z istoty swego konfliktu i z tego że mogą poszukiwać odpowiedzi i jej nie znajdować.
-Franz Josef.-wyszeptał Friedrich- Książę Franciszek Józef. Wasze imiona się uzupełniają ! Jest ulica księcia Józefa i ulica Józefa Dietla, kościoły miewają za patrona świętego Franciszka... ach !
Friedrich zerwał się, jakby miał zaraz oszaleć od nadmiaru odkryć dokonujących się abstrakcyjnie w sednie duszy.
Józef i Franciszek wybiegli za nim na korytarz z trzaśnięciem drzwi wsiąkającym bezpowrotnie w omdlenie nocy.
Natasza obejrzała się przez ramię w ich na wskroś czyste spojrzenia świadczące, że nie mieli pojęcia, czym był tak zaaferowany ich ulubiony nauczyciel, bezgranicznie wierny nauczyciel, że owej nocy nie chciał i nie potrafił ich słuchać.
W restauracji Sybilla próbowała grać, mimo że jej towarzyszki pragnęły zmusić kogoś do bycia ślepą babką, lecz i to nie przeszkodziło żadnej z nich dostrzec, że na sekundę przed wejściem pośród nie, Fredrich puścił rękę Nataszy.
-Ja-dłoń nauczyciela, rachityczna i miękka sama ulewitowała -Ja mogę być.
Rzucono się ku niemu, zawiązując szalik wokół głowy, nie zdołali uczuć, że noc śpiewa ciężka od zwiastunów, że śpiewa w niej sto ciemnych elfów.
Za rękaw wyprowadzili go na środek, okręcili i cofnęli się, oto znalazł się w centrum i w ciszy, a gdy wyciągnął obie ręce i ruszył przed siebie, w powietrzu zawibrował wysoki pisk i wszyscy rozpierzchli mu się do kryjówek, on tylko zderzył się z pianinem, przewrócił stolik i rozbił witrażową, prześliczną szybkę w kredensie, ach, jakże żal było by szybki, gdyby całkiem blisko nie zrodził się szyderczo-kapryśny, rozbawiony chichot, gdyby ktoś niespodziewanie nie zaszedł od przodu:
-Nie skaleczył się pan ?-i nie zapytał z tamtą tajemniczo leciutko zawiedzioną nutką w tonie głosu. Wyciągnął tylko ręce i złapał.
-Mam !-zrywając szalik.
Wpierw ujrzał Nataszę, potem już całą salę i zdumienie w oczach tamtych, kpinę, uciechę i objawienie, niekoniecznie w tej kolejności, bo później oni tylko zaczęli się śmiać szaleńczo, pokładali się po stołach i kończyli na dywanie, chichotali cienko, basowo i na przekór, rozpoczęła się nie udawana, dźwięcząca przesada śmiechu, chwilę potem szalik powędrował niesprawiedliwie do Franka, mimo iż złapano Nataszę, mimo iż Natasza dała się złapać w najbardziej banalny i głupi sposób, ciuciu-babka bowiem nie zna reguł, a sześć godzin później tamci już byli, z trzema tysiącami czołgów, lekkich i ciężkich. I tankietek. Z setkami wozów pancernych, masą moździerzy, z miotaczami płomieni, tysiącem bombowców i aż pół więcej myśliwców, było ich trzykrotnie tyle jeśli chodzi o siłę ognia, pięciokrotnie w lotnictwie i dziesięciokrotnie w czołgach i nielitościwie acz zastanawiająco, bezpowrotnie zaczęła się wojna.

M. Marecki

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij