ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Jeff Buckley

20 Jul 2005 :: 20:01

Jeff Buckley (1966-1997)

"asleep in the sand with the ocean washing over " (J.B., "Dream Brother")

Notka biograficzna



Jeffrey Scott Buckley przyszedł na świat 17 listopada 1966 w Los Angeles. Był synem Tima Buckleya, legendarnego wokalisty lat `60. Młody Buckley nie miał żadnego kontaktu z ojcem, ponieważ rodzice rozwiedli się jeszcze przed jego narodzinami. Jeff widział swojego ojca tylko raz, w wieku 8 lat, jednak Tim był zbyt zapracowany żeby zamienić z nim słowo. Kilka miesięcy później zmarł po przedawkowaniu narkotyków. Jeff nie pojawił się jednak na pogrzebie ojca, za to w 1991 r. wystąpił na koncercie poświęconym jego pamięci, na którym wykonując tylko jeden utwór, doprowadził publiczność do łez.
Jeffowi nigdy nie podobało się w rodzinnym Mieście Aniołów, ciągnęło go za to do Nowego Jorku, jak sam mówił, najbardziej romantycznego miasta na świecie, do którego na stałe przeniósł się w wieku 22 lat. Wcześniej znany tylko jako wokalista gupy Gods And Monsters, zaczął występować w nowojorskim klubie Sin-e (już jako Jeff Buckley), gdzie po jakimś czasie zyskał oddaną publiczność. Dzięki jego występom klub zaczął być coraz bardziej sławny, a na recitale zaczęli coraz częściej przybywać przedstawiciele firm płytowych. W końcu zdecydował się na kontrakt z firmą Sony. Swoim debiutem chciał udowodnić, że nie jest tylko synem słynnego Tima Buckleya, więc prace nad płytą trwały bardzo długo. W końcu w 1993 wydał debiutancką czwórkę, dokumentująca występ w ulubionym klubie Sin-e. Na płycie oprócz dwóch cudzych utworów znalazły się również dwie kompozycje samego Jeffa, które następnie już w wersjach studyjnych trafiły na następny album "Grace". Ale o tym później... Wszystkie utwory były zaśpiewane jedynie z akompaniamentem gitary. Pomimo raczej rockowych korzeni i trybu życia, Buckley przyznawał się raczej do inspiracji Louisem Armstrongiem, Bobem Dylanem i Billiem Holiday. Zawsze podkreślał jednak, że wielki wpływ miała na niego Patti Smith, a zwłaszcza jej zachowanie sceniczne. Płyta zrobiła bardzo duże wrażenie na krytykach, a Buckley zyskał swoją wierną publiczność.
Po krótkiej trasie po Stanch, Jeff zamknął się w studiu nagraniowym, aby dokończyć właściwy, studyjny debiut. 23 sierpnia 1994 r. światło dzienne ujrzało jedno z największych dzieł lat `90- "Grace". Jest to płyta niezwykła. 10, zwykle ok. 5-6 min utworów przepełnionych szczerymi emocjami. Utwór otwierający, znany z EPki, "Mojo Pin" jest świetnym reprezentantem całości- Buckley śpiewa w taki sposób jakby przeżywał każde słowo, skacze po skalach i robi to w taki sposób, że słuchacz przeżywa to wszystko razem z nim (tym bardzie na tej płyciej ważne są teksty piosenek). Zaczyna się od delikatnej gitary i cichego śpiewu, co pod koniec utworu przechodzi w pełen energii zgiełk, aby znowu powrócić do stonowanych dźwięków. I taka jest cała ta płyta- od nastroju, do nastroju, a wszystko to przepełnione szczerymi emocjami. Utwory jak np. "Last Goodbye", "Grace" albo "So Real" to już niemal klasyka. Najjaśniejszym punktem jest tu jednak "Hallelujah" z repertuaru Leonarda Cohena (sam Buckley nie był zadowolony z wersji studyjnej). Utwór ten jest sam w sobie piękny, jednak głos Jeffa, budowanie napięcia w zwrotce i skromna gitara w tle stwarzają niesamowity klimat. Oprócz "Hallelujah" znajdują się tu jeszcze dwie cudze kompozycje- "Corpus Christi Carol" oraz "Lilac Wine". Buckley został okrzyknięty najważniejszym twórcą lat `90 i spadkobiercą Kurta Cobaina. Pomimo to płyta nie odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego, Jeff nadal był artystą undergroundowym, miał jednak swoją wierną publiczność.
Tym razem czekała go trasa po całych Stanach, Europie i Australii, nadal grał jednak w małych klubach.Po trasie od razu wziął się za nagrywanie nowej płyty- "Sketches For My Sweetheart The Drunk", razem z Tomem Verlaine`em z grupy Television. Wszyscy, którzy słyszęli album we wczesnej fazie, twierdzili, że będzie to coś niezwykłego. 29 maja 1997 r. Buckley poszedł popływać w rzece Missisipi. Fala, którą najprawdopodbniej stworzyła przepływająca motorówka, zrzuciła Jeffa na skały. Jego ciało znaleziono następnego dnia. Miał niecałe 31 lat. "Sketches For My Sweetheart The Drunk" zostało wydane pośmiertnie i było rzeczywiście dziełem niezwykłym. Dwupłytowy album zawierał jeszcze niedokończony i niedoszlifowany materiał, jednak zawierający wszystko to, co w muzyce Jeffa Buckleya zawsze było najważniejsze.
Do dzisiaj zostało wydane wiele składanek, zbiorów rarytasów oraz koncertów. Najciekawszym wydawnictwem jest chyba "Mystery White Boy", zapis koncertu promującego "Grace". Dostępne jest również DVD z tym występem.
Pomimo tak krótkiej kariery, Buckley dzisiaj jest już legendą, może nie jest aż tak popularny jak Kurt Cobain albo Jimi Hendrix, jednak jego nazwisko można wymienić jednym tchem razem z nimi. Dziś muzyka Jeffa pozostaje wzorem dla innych wykonawców, a do fascynacji jego muzyką przyznaje się między innymi Bono, Chris Cornell (przyjaciel Jeffa), zespół Manic Street Preachers oraz Elvis Costello.

Muzyka Jeffa Buckleya i ja



Twórczość Jeffa Buckleya poznałem stosunkowo niedawno i, jak to zwykle bywa, w przypadkowy sposób. Imię i nazwisko obiło mi się o uszy wiele razy, jednak jakoś nigdy nie odważyłem się sięgnąć po jakąkolwiek płytę. Czytałem sobie akurat recenzję płyty zespołu Muse (już nawet nie pamiętam której, bo raczej nie jestem fanem ich twórczośći) i przeczytałem, że głos wokalisty to połączenie Thoma Yorke`a (Radiohead słucham od dawna) i właśnie Jeffa Buckleya. Już po krótkim zapoznaniu się z biografią artysty wiedziałem, że może to być coś dla mnie. Szybko więc zdobyłem płytę "Grace", do której do dzisiaj w pełni należy moje serce. Z początku stwierdziłem, że to po prostu zbiór trochę smutnych piosenek, zaśpiewanych w bardzo emocjonalny sposób. Z czasem zdałem sobie sprawę, że to jedne z najpiękniejszych piosenek jakie w życiu słyszałem, a głos i sposób śpiewania Buckleya to coś niesamowitego i niepowtarzalnego. Wiadomo- zaczęło się od "Hallelujah", od którego długo nie mogłem się uwolnić, później jednak zacząłęm traktować ten album jako pewną logiczną całość, pomimo, że każdy z 10 utworów mógłby się świetnie bronić oderwany z kontekstu. O "Grace" napisałem dużo w notce biograficznej, jednak dla tej płyty nigdy za mało pochwał. Każda piosenka z tej płyty jest czymś niesamowitym dla słuchacza- przenosi w inny, rozmarzony świat, porusza i skłania do refleksji. Zdaża się, że Buckley zagra bardziej ostro ("Eternal Life", "Mojo Pin"), jednak zwykle jest bardziej nastrojowo, głowny instrument to w końcu gitara, niekoniecznie elektryczna (chociaż Jeff zwykle występował właśnie z taką, jednak z wyłączonym przesterem).
Kolejny studyjny, wydany pośmiertnie, album "Sketches For My Sweetheart The Drunk" przenosi nas dokładnie w to samo miejsce. Muzycznie nie ma tu nic nowego, jednak każdy utwór jest czymś niezwykłym- to wspaniałe rozwinięcie debiutu, choć przyznaje, że do "Grace" mam większy sentyment.
Trochę inaczej wygląda sprawa z koncertami, np. "Mystery White Boy". To już coś tylko dla fanów twórczości artysty, zwłaszcza jeżeli chodzi o cześć wizualną. Buckley przez cały koncert stoi w jednym miejscu, z gitarą i po prostu śpiewa piosenki. Brak tu popisów, gry świateł. On po prostu stoi i śpiewa. Ale przecież o to chodziło w jego występach. Jednak może to być nie do przełknięcia dla osób, dla których dobry koncert to taki z laserami, telebimami i milionową publicznością, której artysta nigdy nie zgromadził.
Buckley, zwłaszcza w Polsce, nie był nigdy znany, a legendą jest tylko dla wtajemniczonych. Ale może to i dobrze. Zdaję sobie sprawe jak niewiele osób kojarzy to nazwisko i chyba właśnie dzięki temu muzyka Buckleya jest dla mnie czymś bardzo prywatnym, osobistym. W kompozycjach oraz tekstach znalazłem jakąś cząstkę siebie. Utwory Jeffa pozwalają całkowicie odciąć się od otaczającego nas świata, pozwalają się wyciszyć.
Pozostaje tylko zastanowić się, czemu akurat takie osoby tak szybko odchodzą ? Dlaczego w taki sposób ? Buckley przyznawał się do odrobinę rock n` rollowego trybu życia, jednak nie to sprawiło, że dzisiaj nie ma go już między nami. On po prostu utonął. Nie był pijany, nie chciał popełnić samobójstwa, po prostu miał wielkiego pecha. I chyba też przez to nie ma szans na miejscówkę na koszulkach zbuntowanych nastolatek. On kochał życie, pomimo tego, że zwłaszcza jego dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Zawsze znajdą się jednak ludzie, którzy nigdy nie zapomną. Pamiętamy, Jeff?

martchin

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij