ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

"John Gabriel Borkman" H. Ibsen - Teatr Polski (Wr)

19 May 2005 :: 17:08

Ibsen w doborowym towarzystwie

Ibsena na scenie nigdy nie oglądałem. Nie miałem okazji - nie był częstym gościem we Wrocławiu, a rzadko zdarza mi się być widzem spektakli wystawianych w innych miastach. Od czasu mojego pierwszego zetknięcia z tym pisarzem, coraz bardziej kusiła mnie chęć aby w końcu zobaczyć jak inni widzą jego dramaty, jestem więc rad, że miałem okazję zobaczyć jak "Johna Gabriela Borkmana" widział Grzegorz Wiśniewski. Moje pierwsze zetknięcie z Ibsenem na scenie było jednocześnie drugim zetknięciem reżysera z tymże dramatem (pierwszego wystawił w gdańskim Teatrze Wybrzeże). Jednak reżyser zarzekał się, że wrocławski spektakl będzie zupełnie inny od poprzedniego. Na ile to jest prawdą zweryfikować nie jestem w stanie.

Sztuka ta opowiada historię kariery i upadku wielkiego norweskiego bankiera, który po defraudacji znacznych pieniędzy trafia do więzienia. Po wyjściu zeń i powrocie do domu, zamyka się w pokoju na piętrze, tworząc sobie kolejne więzienie. Jest to opowieść o żądzy władzy, o pysze i zaślepieniu. O pieniądzu, który staje się dla ludzi wartością samą w sobie - elementem przetargu zamieniającym miłość w zdradę. Jak powiedział sam reżyser "to gorzka sztuka, choć niepozbawiona ironii. O zwyczajnych ludziach w skrajnych sytuacjach, o pracoholizmie, o stawianiu w życiu na karierę i o tym, jak łatwo przekroczyć granicę między dobrem a złem."

Pierwsze wrażenie jakie odniosłem po wejściu na salę to fakt, że widownię zastąpiła inna widownia. Nie mowa tutaj o ludziach, ale miejscach. Zamiast kilkuset siedzeń, zbudowany został mały podest na ledwie około 120 osób. Działanie to bardzo nierentowne w dzisiejszych czasach i tym bardziej należy mu oddać chwilę zadumy (choć może rzeczywiście do teatrów ostatnimi czasy nie "walą tłumy"). Dzięki tej kameralności widz czuję się "czwartą ścianą" wydarzeń dziejących się na scenie. A przecież i o to w dramatach Ibsena chodzi? Jednak ten fakt miał też jedną niezbyt przyjemną cechę - zamiast wygodnych foteli widzowie zasiadali na plastikowych składanych krzesłach, które (chyba nie trzeba nikogo zapewniać) nie były zbyt komfortowe.

Jednak nie zajmując się więcej rzeczami przyziemnymi (żeby nie określić ich inaczej), które na kształt samego spektaklu miały niewielki wpływ przejdźmy do konkretów. Trzeba przyznać, że scenografia była bardzo ciekawie i nowocześnie pomyślana. Ruchoma podłoga, mobilna dwuczęściowa ściana - wszystko to, mimo patrzenia wciąż na te same rekwizyty, sprawiało wrażenie przemieszczenia do innego miejsca - w którym aktualnie działa się akcja. Lecz i do tej warstwy jednak mam jedno zastrzeżenie. O ile krzesła, których rodowód przywołuje mi na myśl sklep "Ikea" mnie nie rażą, o tyle postawienie takowego przy fortepianie uważam już za pewnego rodzaju uchybienie. Poza tym drobnym faktem całość prezentuje się nad wyraz smakowicie.

Od strony obsadowej spektakl również zaostrza apetyt. Ibsen zawsze kreślił swoich bohaterów bardzo dokładnie, rozbudowując ich psychikę i dlatego tak trudno jest dobrze zbudować na scenie postać z jego dramatu. Ta sztuka na pewno się udała Halinie Skoczyńskiej (w roli żony bankiera - Gunhildy), która kolejny raz wspaniale odegrała rolę. Choć po "Mary Stuart" trudno mnie będzie zaskoczyć i olśnić (w końcu ideał trudno poprawić). Takie role najbardziej zapadają mi w pamięć, a Halina Skoczyńska po raz kolejny upewniła nas o swojej pozycji jednej z najważniejszych aktorek Teatru Polskiego. W roli Elli zagrała Teresa Sawicka, tworząc przekonującą postać. Również pozostałe aktorki (Anna Ilczuk, Monika Bolly, Katarzyna Strączek) pokazały się z dobrych stron. Niestety nie umiem tego z czystym sumieniem powiedzieć o męskiej części ekipy aktorskiej. Wojciech Ziemiański w roli tytułowej oraz Henryk Niebudek, spisali się nieźle (aż lub tylko). Jednak Wojciech Mecwaldowski odegrał swoją rolę jakby trochę bez przekonania. O dograniu sztuki też złego słowa powiedzieć nie mogę, chociaż przez to, że pewien czas spędziłem po drugiej stronie sceny, uważam, że kilka fragmentów powinno zostać jeszcze przećwiczone, dograne, aby nie zdarzały się pauzy w momentach, w których aktor przerywa komuś innemu.

Chciałem jeszcze napisać o jednym zabiegu, który był moim zdaniem bardzo trafny. Black outy pomiędzy scenami następowały bezpośrednio po kwestii wypowiedzianej przez aktora. Było to o tyle ciekawe, że sprawiało, iż zostawałem z tą kwestią chwilę dłużej. Zachowywałem w pamięci obraz aktora i treść wypowiedzianego komunikatu. Ta chwila refleksji uprzyjemniała mi zmianę scenografii i czas oczekiwania na kolejną akt. Uprzyjemniała mi to również muzyka - skąpa, rzadka, ale jednak trafnie oddziałująca i trafiająca do widza.

Nastrój całej opowieści również wciąga. Jest nieco klaustrofobiczny (do czego przyczyniło się chyba usunięcie widowni jako takiej), jednak należy to zaliczyć dla spektaklu in plus. Dużo zimnego niebieskiego światła na scenie, surowość otoczenia, to wszystko sprawia, że samą sztukę chłonie się z zapartym tchem. A na sztukę warto przyjść choćby tylko dla światła w scenie finałowej.

Na koniec zdanie wypowiedziane przez reżysera w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: Chciałbym stawiać trudne pytania bez łatwych odpowiedzi. Nie chcę nikogo pouczać, wolę, aby widz przeglądał się w przedstawieniu jak w lustrze i wyciągał własne wnioski.

Ocena 8,5/10

marshen

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij