ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Biała

02 May 2005 :: 13:15

Droga Ja...
Ten nagłówek dla kogoś, kto patrzy na mnie z zewnątrz może wydawać się dziwny... Wręcz idiotyczny. Ale to właśnie wygląda tak.


Postanowiłam pisać ten pamiętnik do samej siebie, ponieważ wokół mojej osoby nie ma nikogo, komu mogłabym ufać. Choć teraz nawet nie wiem, czy mogę zaufać sobie. Nie znajduję ludzi w tym szarym popiele codzienności, którzy coś dla mnie znaczą... Wszyscy zlewają się w jedno.
Po przekroczeniu progu świadomości, bo wybudzeniu z Bezimiennego Miasta znów musze zmagać się z dniem, który najczęściej występuje pod postacią strachu, przerażenia, a czasem nawet nienawiści... Boję się swojego materialnego świata... Boję się każdej nowej sytuacji, każdego człowieka. Odczuwam strach przed wszystkim, co mi obce... Swój ciepły kąt znajduję tylko u boku Białej Pani. Tak postanowiłam nazwać amfetaminę... Moją białą kreskę, którą wyznaczyłam granice... Świata i Nieważkości. Za każdym razem, gdy przekraczam tę granicę, mam w głowie więcej chaosu... Swoistego uczucia, nad którym nie chcę panować, któremu pragnę się poddać... Z ogromną namiętnością i bez żadnego poczucia winy. Chcę, aby Biała Pani już na zawsze zabrała mnie do Bezimiennego Miasta. Tam każdy jest Bezimienny, o bezimiennym charakterze, bezimiennym stylu... Nic nie jest ważne... Więcej chaosu! Więcej ulgi!

Droga Ja...
Chyba najwyższy czas opowiedzieć sobie początki tego, jak wpadłam w huragan białych tabletek, białych proszków...

Odkąd pamiętam, mój dom był zawsze idealny, bez żadnej skazy. Wszyscy wokoło zachwycali się moją rodziną, tym, jaką jestem wspaniałą córką i jakich mam wspaniałych rodziców. Ale to była tylko skorupa... I nikt prócz mnie nie wiedział, co tak naprawdę pod nią się dzieje. Codziennie, wracając do domu, starałam się unikać wzroku matki. O ojca nie musiała się martwić, najczęściej siedział w pracy, a kiedy już pojawiał się w domu, to nie mówił o niczym innym niż właśnie jego praca. Ja miałam swój mały światek u siebie w pokoju. Na ścianie ogromny plakat PLACEBO, a na nim napis „Czysty poranek”, co zawsze sugerowało mi, że jutrzejszy dzień będzie lepszy, żeby po każdym dniu stawiać kropkę i przewrócić kartkę. To nie zawsze się udawało... Reszta mojego pokoju to książki, płyty i jakieś notatki... Nigdy nie było tu ładu, ale nigdy też nie było ogromnego bałaganu. Pod tą kretyńską skorupą wspaniałej rodziny siedziałam ja ze swoimi problemami oraz moi „kochani” rodzice, którzy nie starali się mnie dostrzegać. Ja po prostu byłam i to im chyba wystarczało... Nigdy z ich ust nie usłyszałam pytania „Jak ci jest?”... Zawsze było: „Co ci jest”, „Czego ci potrzeba?” Pewnego dnia spostrzegłam wyraźnie, że w domu brakuje mi miłości... Chciałam jej szukać poza rodziną. Patrząc przez pryzmat tego wszystkiego, co się ze mną działo, nie musiałam szukać jej długo. Wystarczył miesiąc.
Cała historia ma swoje źródło na początku roku szkolnego trzeciego roku gimnazjum. Do naszej klasy doszło kilkoro nowych uczniów. Między innymi Michał. Jego egzystencja w klasie była prawie niezauważalna... Prawie, ponieważ ja czułam jego obecność... Pewnego październikowego, już chłodnego dnia czekałam na moją matkę przed szkołą. Zadzwoniła, że się spóźni 15 minut. Wpatrywałam się bezwiednie w przejeżdżające samochody, nie mając pojęcia, że za chwilę miało się stać coś, co okaże się punktem zwrotnym w moim życiu...
-Widzę, że jest ci zimno. Chcesz moją kurtkę?
Te słowa tak we mnie uderzyły... Taki przyjemny, głęboki i melodyjny głos. To był Michał, osoba, której spodziewałabym się najmniej w tym momencie. Nie wiedziałam, co myśleć, a tym bardziej, co powiedzieć.
-Tak... Chętnie. Dziękuję.
-Nie dziękuj mi... To przecież naturalne. Chyba tylko ktoś bez serca mógłby nie użyczyć swojej kurtki marznącej dziewczynie.
Powiedział bez serca... Tak. Więc czy ja jestem bez serca? I wtedy pierwszy raz spojrzałam w jego oczy. I to może wydać się banalne dla ludzi z zewnątrz... Więc, jeśli uważasz mnie za prostolinijną dziewczynę... jedną z miliona, to radzę ci nie czytać następnego zdania. W jego oczach były emocje, uczucia, taka porywająca melancholia. W tej jednej chwili zapragnęłam ją mieć... Utopić się w jego oczach i tej całej obojętności na życie.
-Nie... Nie mogę wziąć tej kurtki, przecież ty zmarzniesz.
-Z tym akurat nie będzie problemu. Wydaje mi się, że zmieścimy się obydwoje.
Obydwoje?
-Tak, oczywiście. – Odpowiedziałam. Kiedy usiadł obok mnie, kiedy poczułam jego ciepło na swoim chłodnym ciele, chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie, aby nigdy nie było jej końca. Ale w podświadomości czaiła się ta nieubłagana myśl, że i tak nic z tego... Bałam się. Odczuwałam strach przed tym, że moje serce znów zaczyna odbierać bodźce... A tak wiele pracy włożyłam w to, by je zamknąć. I wtedy poczułam jego ciepłą dłoń na swojej... Ja, niczym jakaś Królowa Śniegu, topniałam. Słabłam w swoim postanowieniu, by nigdy nie otwierać swojego serca... To mogła być chwila, przebłysk. Ale jednak zostało na długo. Od tamtego momentu nie rozstawaliśmy się nie dłużej niż na noc... Czasami i nawet na krócej...

Droga Ja...
Zaczął się kolejny rozdział w moim życiu. Michał dodawał mi energii, mocy. Nasze długie rozmowy ciągnęły się godzinami... Nigdy nie miały końca, ale nigdy też się nie nudziły. W końcu nadszedł ten czas, aby powiedzieć mu o tym, co dzieje się pod skorupą mojej wspaniałej rodziny... Ku mojemu zdziwieniu nie powiedział nic, tylko sięgnął do plecaka.
-Co tam chowasz... Masz w plecaku jakiś magiczny przepis, aby moja rodzina była normalna? – Zaśmiałam się.
-Tak, dobrze to ujęłaś... Teraz już nie będziesz musiała tego tak przeżywać... – I podał mi srebrną folię. To skojarzyło mi się tylko z jednym... Narkotyki. Nie wiedziałam, co to jest... Moja wiedza ograniczała się do nędznej teorii wyuczonej na chemii i nie opierała się na żadnych doświadczeniach.
-Nie ma innego sposobu? Czy naprawdę muszę to robić, aby przestać myśleć o tym świecie?
-Jest milion innych sposobów...
-Więc dlacz...
-...ale żaden nie będzie tak odpowiedni jak ten.-Powiedział to tak przekonująco... Ale w moim umyśle kołatały się tylko wątpliwości.
-Czy to mi nie zaszkodzi? - Zadałam to pytanie z retorycznym zabarwieniem.
-Kocham cię... Jak mógłbym chcieć, żeby coś ci zaszkodziło? Nie mogę patrzeć jak cierpisz... Tylko ktoś bez serca nie pomógłby...- Zajął się rozwijaniem folii.
I znów ta sugestia z sercem... Ale czułam, że przy Michale moje serce odrodziło się na nowo.
Nie będzie w tym nic zadziwiającego, co teraz powiem... Zrobiłam to i muszę przyznać, że ten pierwszy raz był chyba najlepszy. Całą moją depresję odstawiłam na półkę, całą swoją agresję wyrzuciłam do kosza, wszystkie swoje zmartwienia pozostawiłam w tle... Tylko ten przyjemny chaos powoli opanowujący mój umysł, moje ciało. To było wspaniałe. Wyzbyć się tych wszystkich śmieci i poczuć jak znów w żyłach płynie czerwona i gorąca krew. Reszty nie pamiętam.




Droga Ja...
Niewątpliwie czuję, że na zawsze pozostanę czarnooka. Czuję się jak nieudany produkt chorego domu. Nie powiem o tym Michałowi... Nie chcę, żeby się obwiniał. Jedyne, co teraz krąży mi po głowie to jak wymyślić chemię, która trzymałaby mój umysł w stanie nieważkości dłużej niż jedną noc... Bo noce są wspaniałe. Moi rodzice nawet się nie orientują, że czasami nie ma mnie w domu. Może i lepiej. Zaczęłam na to zupełnie inaczej patrzeć... Jakby ktoś nagle założył mi okulary na nos... Różowe okulary. Z nauką nie idzie mi źle... Powiedziałabym, że nawet lepiej niż wcześniej. Teraz czuję, że mam motywację do pracy, choć czasami moje ciało zaskakuje mnie samą. Nagle dostaję drgawek, robi mi się słabo czasami też wymiotuję. Ale ogólnie jest dobrze. Trochę schudłam... Ale tym się akurat nie martwię. Przygnębia mnie jednak fakt, że czasem czuję, jak odchodzę od siebie. Moja dusza opuszcza ciało... Jakbym przez chwilę nie żyła.
Chemia, której tak poszukuję to coś, co pomogłoby mi egzystować bez poczucia niższości, coś, co trzymałoby mnie z dala od tego świata. Z dala od ciemności, ale i od światła. Są chwile, gdy jest mi dobrze... A ktoś powiedział, żeby żyć chwilą. Są też chwile, gdy czuję jak siedzę na dnie swojego umysłu i podejmuję dramatyczną próbę, by z tego dna się odbić. Nie potrafię.
W mojej podświadomości krążą jakieś szorstkie myśli... Nie wiem, skąd się biorą i czemu mają służyć. W głowie jakieś głosy... Chyba najwyższy czas nauczyć się ich wyzbywać, najzwyczajniej nie myśleć. Umysł pozostawić wolnym.

-Potrafisz być ze mną szczęśliwa? – Zapytał całkiem znienacka Michał, kiedy siedzieliśmy u niego w domu. To pytanie całkiem zbiło mnie z drogi, którą sobie wyznaczyłam... Zaczęłam się zastanawiać, czy po tym bezpiecznym miesiącu spędzonym w objęciach Białej Pani czuję się bezpiecznie w ramionach Michała... Czy Białej Pani?

Droga Ja...
Tego dnia nie odpowiedziałam Michałowi na to pytanie... Ale chodziło za mną. Bałam się, jaka będzie odpowiedź... Bałam się reakcji Michała, ale i swojej.
To był pierwszy raz, kiedy zaczęłam wątpić w szczęście dzięki Białej Pani... Nagle ogarnęło mnie przerażające uczucie, że Biała Pani zamienia się w czarną... Czuję się opętana jej ciężarem... że bez niej już nigdy nie będę mogła się odbić od tego dna... Że na zawsze zostanę tu uwięziona... Tylko czasem ktoś przysłałby paczkę pełną stempli i podpisów... A w paczce nienawiść i przygnębienie...
-Coś się z tobą ostatnio dzieje... – Usłyszałam głos, ale tylko jakby zza mgły moich myśli. – Patrycja?... Hej, hej! Ziemia do Patrycji...
-Czego ty ode mnie chcesz? – Rozłoszczona tym, że ktokolwiek miał czelność przerwać mi myślenie... Szczególnie, że to ostatnio sprawiało mi pewną trudność.
- Widzisz... Normalnie powinienem wyjść i trzasnąć drzwiami... Ale nie zrobię tego, bo dokładnie wiem, co czujesz – powiedział tonem jakiegoś znawcy.
-A skąd ty możesz mieć pojęcie o tym, co ja czuję... Nawet się nie domyślasz! Nigdy nie było ci dane tyle cierpieć... Tyle istnieć w samotności... – Przestałam krzyczeć, bo i tak nie widziałam w tym większego sensu, skoro łzy stłumiły słowa. Michał spojrzał się na mnie oczami, których sam widok koił ból na duszy... Później było już tylko lepiej... Przez kilka godzin żyłam myślą, by noc nie kończyła się nigdy... Ale ona bezlitośnie odchodziła. I zaczynał się kolejny wypełniony szarą rzeczywistością dzień.
Miałam już dosyć tego błędnego koła... Codziennie rano wszystko mnie bolało... Głowa, mięśnie, stawy... Chciałam zapomnieć o tym bólu, ale nie zawsze mogłam zwrócić o pomoc do Białej Pani... Któregoś razu w szkole nie wytrzymałam już tego, miałam dosyć. Roznosiło mnie na wszystkie strony. Musiałam coś zrobić... Wybiegłam z klasy prosto to łazienki, chwyciłam za mały nożyk, który nosiłam w torbie i bezwiednie rozcięłam nim sobie nadgarstek... W tym momencie nie miałam pojęcia, dlaczego akurat to miejsce wybrałam... Ale najważniejsze było to, że bojąc się okrutnego bólu, poczułam ulgę... Przez zaciśnięte oczy widziałam tylko czerwień ściekającą z dłoni na podłogę.

Droga Ja...
Z dnia na dzień moja dusza jest coraz bardziej poraniona, na moich nadgarstkach pojawia się coraz więcej blizn. Zaczynam doszukiwać się w tym wszystkim jakiegoś konkretu, czegoś, co mogłoby mi wyjaśnić, jak do tego wszystkiego doszło. Przecież nie miałam źle. Właśnie, miałam... A co jest teraz? Teraz mam tylko swoją chemię, swoje czerwone od krwi dłonie i chyba nic poza tym. Czemu nie wspomniałam o Michale? Nie chcę o nim mówić nic, zupełnie nic, bo właśnie na to zasługuje. Jak on mógł dopuścić do takiego stanu? Jak mógł pozwolić mi na to, abym wpędziła się w to błędne koło?.. Panie Boże, przepraszam, że przywołuję Cię dopiero teraz, ale ja chyba odchodzę. Odchodzę od siebie, od tego szarego świata, odchodzę na zawsze. Panie Boże... Nie proszę Cię o wiele. Chcę tylko, abyś pomógł mi pojąć to wszystko... Nic poza tym.

Droga Ja...
Stałam na krawędzi bloku, w dole ulica, pełno samochodów i ludzi z wzniesionymi głowami. Kiwałam się na brzegu dachu, nie miałam butów. Dzień był taki dziwny, deprymująco spokojny. Przez chwilę myślałam, że jestem głucha, ponieważ nie słyszałam krzyków tych ludzi, którzy stali... Tam na dole z oczami wlepionymi niby we mnie, niby w niebo. Jednak mogłam usłyszeć szum wiatru, przejeżdżające gdzieś w oddali samochody. Stojąc tam, na krawędzi tego bloku niczym na krawędzi życia zastanawiałam się, gdzie jest mój rozum i co ja tutaj właściwie robię? Nic nie rozumiałam... Ale co z tego? Nadarza się idealna sytuacja, aby nareszcie wyzwolić się ze szponów życia. Kiwając się w końcu, wybiłam się... Chłód powietrza uderzył w moją twarz z zadziwiającą przyjemnością i leciałam tak kilka chwil, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, co zrobiłam. I nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk i jednocześnie poczułam grunt pod nogami... Ale żadnego bólu. Otworzyłam oczy. Nie zabiłam się... Nie mogę się zabić. Nie potrafię umrzeć. Zawieszona tak na ścianie tego bloku, patrzyłam, jak ludzie otwierają coraz szerzej usta w grymasie zdziwienia.
Otworzyłam oczy, tym razem naprawdę. To był tylko, a może aż sen. Koszmar, przerażająca wizja braku wyjścia z sytuacji.



Droga Ja...
Nie wiem, co się dzieje, straciłam orientację i władzę nad własnym życiem. Nie potrafię się pozbierać, nie potrafię znaleźć czegoś, co mogłoby okazać się punktem zwrotnym, nie umiem złapać się czegoś i podciągnąć do góry. Ciągle tylko spadam i spadam, ale na dnie chyba nie jestem... Bo z dna można się odbić. Teraz jedyną ucieczką i zamknięciem się w swoich myślach jest amfetamina i wszystko inne byle mogło wyciągnąć z umysłu, choć na moment, błogą chwilę wszystko to, co mnie przygniata. Jestem sama, Michał mnie opuścił pod pretekstem tego, że się zmieniłam i już nie jestem tamtą dawną Patrycją. Teraz jestem już tylko ja i Biała Pani, u której stóp układam się codziennie.



Droga Ja...
Siadam teraz do swojej białej kreski i mam jakieś dziwne przeczucia, ale to nie jest ważne w tym momencie... Jest jeszcze kilka rzeczy, o których nie napisałam.
Nigdy nie byłam wierna i nigdy nie byłam tą, której można by zaufać. Zawsze wisiałam na pograniczu schizofrenii. Ci, którzy żyli ze mną mieli zagwarantowane zamieszanie wokół mnie. Nigdy nie byłam lojalna, szczególnie w mojej „strefie”. Myślę, że byłabym gotowa zdradzić. I chyba, dlatego, że nigdy nie potrafiłam być wdzięczna, spędzam swoje dni w samotności... Czuję się czarnooka, zepsuta od środka, sfrustrowana swoją pozycją czy nawet jej brakiem. Te wszystkie myśli wracają, gdy Biała Pani odchodzi... Teraz, właśnie w tym momencie ona jest... A ja czuję, że odchodzę. Uwalniam się nareszcie od wszystkiego. Od całego rozczarowania, depresji, w którą wpędziło mnie życie, zostawiam za sobą cień agresji, nienawiści... Wypłukuję się ze złych i niepotrzebnych myśli. Już nie żądam od nikogo odpowiedzi, ponieważ nie mam żadnych pytań. Wycinam sobie na sercu słowa „Czysty poranek”, którego tak bardzo pragnęłam i już nic więcej...

Droga Ja...
Wybudzam się z tego szaleństwa i obłędu... Choć nie jestem do końca pewna czy żyję.

Patrycja Lema

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij