ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

"Ona" część 3

30 Dec 2004 :: 20:26

Nauczyła mnie nie bać się. Reszta czyha na mój krok wstecz. Jadę. Autobus zatrzymuje się na przystanku. Widzę parę zakochanych śmiejących się jak małe dzieci. Mają kilkanaście sekund. Nie wystarczy na kilka słów pożegnania. Uśmiech znika z Ich twarzy. Jej długie, kasztanowe włosy, które utrzymują się na wietrze w jako takim ładzie jedynie dzięki ciepłem wełnianej czapce, powoli unoszą się pod wpływem mocniejszego podmuchu Bezwzględnego. Uniósł ją, przytulając do siebie i nie chcąc oddać. Minęło już kilka. Zostało niewiele. Nic nie słyszę ale widzę ich rozmowę.
-Kocham Cię.
Nie mówi nic, szepcze...
-Kocham Cię...
Dwa kroki w tył. Mocno ściskając uchwyt drzwi spogląda jeszcze raz na kierowcę w nadzieją, że to fikcja. Drzwi zatrzaskują się a ona zbliżona do nich, trzymając swoje ręce na szybie krzyczy.
Chwilę biegnie za autobusem.
Dźwięk mówi sam za siebie.
/Następny przystanek, niemoralność.../

Proszę Cię Panie, jeżeli mnie tylko słyszysz- daj mi siłę abym mógł leżeć na zielonych pastwiskach spoglądając tam gdzie zawsze sobie Ciebie wyobrażałem, tam gdzie płyną białe obłoki, po których jako mały chłopiec chciałem stąpać bezgranicznie.
Unoszę się ku nim. Wysoko, ponad horyzont wszelkich możliwości. Zaczynam mieć przed tym obawy i przypominam sobie co to znaczy lęk. Robi się coraz zimniej i bardziej wietrznie. Gdy już widzę wielki tron z dwudziestoma czterema innymi dookoła, przygotowanymi do końca, kiedykolwiek miałby nastąpić, siła mnie puszcza. Pod sobą widzę tylko białe morze puchu, przez który przelecę niezauważalnie. Nie, zatrzymałem się i na puchatej, miękkiej poduszce. Teraz czułem dokładnie to samo, co wtedy, gdy matka zmieniała w moim łóżku pościel, a ja, jako kilkuletni chłopiec, rzucałem się na świeżą, pachnącą łąką i wiatrem kołdrę. Tuliłem się wtedy do niej, skakałem unosząc ręce wysoko ku górze a ona stała obok i patrzyła się na mnie śmiejąc się radośnie i głośno razem ze mną. Potrafiłem radować się takimi drobnymi rzeczami, ale jak dla mnie wtedy ważnymi. Wyczerpany padałem bezsilnie i wtedy dopiero ustawał jej śmiech, przeradzając się w uśmiech, którego nigdy nie zapomnę. Był taki ciepły, dający poczucie wolności i nieśmiertelności. To ona wtedy podnosił mnie, przykrywał i całował w czółko mówiąc po cichu „dobranoc”...
Śniłem wtedy o tym, abym gdy dorosnę, znalazł się na ogromnej, białej chmurze, dookoła miało by nie było widać nic, prócz niebieskim oceanem radości, a dwanaście słońc ogrzewało by nas. W tym miejscu właśnie się znalazłem ale czegoś mi w tej chwili brakowało. Nie wiem dokładnie czego. Rozglądałem się wokoło ale widziałem tylko ją. Nie wiem gdzie było ona, która powinna stać obok mnie, biegając i tarzając się ze mną z radości naszych wspólnych chwil.
-Wiesz gdzie ona jest?
-Nie jestem pewna.
-Ale ty zawsze wszystko wiedziałaś, coś Ci się stało? Dlaczego nie odpowiesz na tak proste pytanie?
-Nie rozmawialiśmy nigdy o tym, ale jest dużo pytań, na które odpowiedzi nie zna nikt.
-Nawet Ty?
-Nawet ja...
-A jakaś wskazówka?
-Odnajdziesz ją ale bez mojej pomocy.
-Przynajmniej powiedz, gdzie jej szukać.
-Otwórz swój umysł i sam użyj mocy pamięci, która została Ci dana dzięki niej.
Zastanawiałem się nad tym dość długi czas, kilka zachodów pojedynczych, mocno świecących gwiazd. Nic sobie nie przypomniałem. Zrobiłem się senny. Zbyt senny aby dalej móc sobie przypomnieć co z nią się stało, w którym momencie ją straciłem. Poszedłem spać i spałem snem niebiańskim, niebiańskim jak plaża na której się obudziłem. Obudziłem się a obok mnie była. Jej czarne włosy powiewały na wietrze, co rusz przykrywając brązowe oczy, które starały się mówić: „Jesteś tym, na kogo czekałam całe życie”. Odbijało się w nich kolejne pomarańczowe słońce zbliżające się ku horyzontowi. Wystarczyło parę mrugnięć, by zaczęło tonąć w oddali, w wodzie niebieskiej. Lekko opuściła głowę, a ja odgarniając jej włosy wiedziałem czego tak bardzo pragnąłem od wielu nocy. Nieskazitelny uśmiech mówił sam za siebie...
-Gdzie byłeś tyle czasu? Dlaczego wcześniej nie mogłam Cię spotkać?
Ta noc nie miała końca. Nasz taniec budził zmarłych, uśmiercał żywych. To był nasz pierwszy wspólny taniec, tymi krokami byliśmy zdolni przetańczyć cały Świat. Nie potrzebowaliśmy nic więcej. Muzyka była w nas od zawsze, ale brakowało słów, które zgrały by się ze sobą, zrozumiały, i zatańczyły tak jak my.

Gdy tak szedłem po zatłoczonych ulicach, nie widziałem złych ludzi. Widziałem tylko zabieganych, przewracających mnie Jeźdźców Apokalipsy, którzy zstąpili aby przynieść nam koniec. Byłem przygotowany na jego nadejście. Żyłem z nimi od zawsze, to że widziałem ich w tej chwili, nie było niczym nienormalnym, wręcz przeciwnie, popadłbym w wielki strach, gdyby ich zabrakło. To oni napędzali mój umysł. Byłem gotów.
Powoli stawałem się nieśmiertelny a każdy kolejny krok dodawał mi odwagi, ale i niepewności. Cały ja- kłąb niepewności i rozczarowania. Tylko chwile, które dla zwykłych nie mają znaczenia, mi przypominały o samotności i zakłopotaniu.
Pierwszy podszedł do mnie i krzyczał prosto w twarz słowa, które ciężko przechodzą przez gardło. Gdy mam je wypowiedzieć, czuję jak zaczyna mi brakować tchu i duszę się własną śliną, ale wnet przypominam sobie ręce uniesione ku górze. W każdej z nich zapalniczka oświetlająca radosną twarz człowieka, który z ogromnym trudem powstrzymuje łzy napływające do oczu. Ona marzy i czuje ich ciepło.

Oczy przekrwione, przetłuszczone włosy i brudne ubranie. Marzy mu się dawka detoksu. Błoga on odrobinę śmierci, która przywróci mu życie choć na chwilę, chwilę życia będącego wyobraźnią małego dziecka. Po chwili znów upadł na ziemię. Twarz roztrzaskała się na ostrym kamieniu, który w mgnieniu oka zrobił się małą wyspą na morzu krwi. Jego oczy płakały podnosząc się i spoglądając na mnie.
-Pomóż mi, błagam...
Ze strachem podając mu rękę, powstrzymywałem się od płaczu.
-Weź ją! Nie podnoś!
-Wiec czego chcesz?
-Unieć ten kamień i pomóż mi, pomóż mi zginąć...

Siedzę na wysokiej górze i spoglądam na nich wszystkich, którzy wydają się szczęśliwi, niezatroskani i brak w nich poczucia winy. Innych nie wiem dlaczego nie zauważam, czasem tylko wpadnę na nich ale od razu odruchowo mówię "przepraszam" i nie spoglądając im w twarz idę dalej uważając, aby nie potrącić kogoś szczęśliwego.
Raz natrafiłem na pewną osobę, która była nieszczęśliwa. Zdziwiłem się, że ją widzę.
-Wiesz co?
-Co?
-Też nie wiem dlaczego tak jest
-...
-Czasem się staram i nic nie może mi wyjść... Strasznie boję się komuś zaufać bezgranicznie.
-Inaczej jest razem.
-Nie wiem jak jest razem.
-Możesz zawsze się łatwo o tym przekonać.
-Wiem, jednak dalej się boję, zostanę skrzywdzona.
-Wystarczy zaufać.
-Tak bardzo chcę...
Dziś już wiem dlaczego ją spotkałem, zauważyłem... Była taka jak ja.

pablo

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij