ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

"Ona" cześć 2

27 Oct 2004 :: 21:25

Leżałem na jej kolanach nie licząc gwiazd, które spadły. Minęło tysiąc życzeń. Co chwilę oglądałem jej niebiańsko piękną twarz. Uwydatnione kości policzkowe prawie nigdy nie były widoczne przy jej szerokim uśmiechu. Cały czas był szczery i beztroski. Zdawał się mówić, że nie ma bezsensownych pytań, którymi zasypywałem ją w świetle odbijającego się w jej dużych, niebieskich oczach księżyca. Było bardzo mroźno, ale zauważyłem to dopiero po wydechu powietrza z moich ust. Jednak jedyne co czułem to smukłe ręce anioła gładzące moją głowę.
-Czas dla Ciebie.
-Nigdy nie jest odpowiedni czas na odejście.
-Ale to nie Ty odchodzisz, tylko ja. Dla Ciebie czas ciągle płynie i nieustannie przypomina o tym, że istnieje coś innego niż tylko wczoraj.
W ciągu jednej myśli stałem daleko od jaskrawego światła, które biło od odchodzącej sylwetki.
-Spotkamy się jeszcze?
-To zależy od Ciebie, tylko i wyłącznie od Ciebie...
-Ale ja mówiłem, że nie wierzę!
-Tylko od Ciebie...
Mówi wciąż szeptem i dlatego ją słyszę. Odwróciłem się. Poszedłem w stronę wysokich, zaśnieżonych gór których jeszcze nikt nie zdobył. Wiedziałem, że dotarcie tam zajmie mi wieczności ale co każdy krok byłem bliżej myśli o aniele, który właśnie mnie opuścił.

-Chcę wejść jeszcze wyżej.
-Już dużo dziś z siebie dałeś. Możesz odpocząć.
-Jeszcze kilka szczebli, proszę.
-Nie proś, nie musisz.
Nogi miałem jak z kamienia. Gdy tylko je unosiłem, jakaś nie dająca za przegraną siła ciągnęła mnie w dół.
Krzyczałem! Strasznie bolało. Ból przeszywał moje ciało, od stóp, aż głowę. Jakby miliony igieł nakłuwało mnie od każdej strony coraz mocniej, mocniej i mocniej.
-Wystarczy, nie tak szybko! Słyszysz! Posłuchaj, im szybciej wejdziesz tym szybciej możesz spaść!
-Już wystarczy, na teraz...

Deszcz wydawał się padać jeszcze mocniej. Jeszcze do tej pory nie mogę uwierzyć, że on umarł. Nie potrafię zrozumieć dlaczego. Od tamtej pory stoją ciemne, nikt już nie chce ich zapalić, nikt nawet nie zauważył, że zgasły. Dlaczego? Czy nie mają poczucia winy? Muszą to widzieć! Codziennie oglądali ten sam widok a teraz udają? To tak jakby usunąć niebo i powiedzieć, że go tam nie było.
-Przecież oni cały czas kłamią!
-Wiem.
-Okłamują sami siebie!
-Wiem...
-Wredni kłamcy! Nie cierpię Ich!
-A jak myślisz?
-Też się boją?
-Zgadłeś?
-Chciałbym, ale to by było zbyt proste.
-On umarł, ale pozostawił po sobie jednak coś.
-Co?
-Widzisz tamtą?
-Dlaczego jej wcześniej nie zauważyłem? Jak to możliwe?
-Wcześniej o nim nie myślałeś w ten sposób.
Nagle zapaliła się jeszcze jedna, następna, dwie kolejne. Po kilku chwilach cała ulica rozjaśnił blask starych, naftowych lamp.
Obok mnie stał młody mężczyzna. Przez ramię miał przerzuconą torbę na książki a w ręki trzymał gitarę. Nawet deszcz nie był w stanie ukryć jego łez. Padł na kolana i zaczął głośno krzyczeć! Nie byłem w stanie usłyszeć jego słów. Nic w tym momencie nie słyszałem, mój zmysł słuchu zanikł na rzecz wzroku. Zaczynałem dostrzegać innych ludzi zatrzymujących się na wąskiej uliczce, którzy zaczynali odmawiać modlitwy. Ich wzrok był skierowany tylko i wyłącznie, na ciągle zapalające się nowe lampy. W jednej chwili wcześniej ciemna, opuszczona ulica przeistoczyła się w najjaśniejszy punkt na Ziemi.
-Dlaczego dopiero teraz?
-Nie wiem, może zrozumieli.
-Tak po prostu?
-Czasami tak bywa, potrzeba czasu by zapomnieć, czasem by sobie przypomnieć.
-A kim on jest?
-To jego wnuk.
-Musiał go bardzo kochać.
-Był dla niego wszystkim. Za jego życia nie mógł na niego spojrzeć, bał się go stracić, dziś strata boli jeszcze bardziej.
-Co mogę dla niego zrobić?
-Możesz zrozumieć.
-Postaram się.

Myślałem o niej dziś dosyć długo. Jak ją znajdę, skąd będę wiedział, że to ona. Czy to ona mnie znajdzie. Może nie chce mnie odnaleźć. Szedłem przez miasto i rozglądałem się gdzie on może być. Nie znalazłem nikogo. Może w zły sposób szukam... Może to nie tak trzeba robić.
-Przepraszam, czy to Ty?
-Nie, niestety.
Szedłem dalej... Im dalej się posuwałem tym większe ogarniało mnie zwątpienie.
-Tym razem to musisz być Ty!
-Nie.
-Błagam Cię.
-Ale to nie ja, przepraszam.
-A może wiesz jak ją znaleźć?
-Może uwierzysz, wtedy zacznij.
-Przecież w nią wierzę.
-Nie wątpię. Uwierz mocniej. Przecież potrafisz.
-Skąd możesz wiedzieć czy potrafię, czy nie? Nigdy wcześniej mnie nie widziałaś.
-Poznaję ludzi po ich oczach.
-Więc kim jestem?
-Kimś innym niż oni wszyscy.
-Więc czemu to nie Ty?
-Bo ja nie jestem wyjątkowa.
-Nie chcę żebyś była. Zostań taka jaka jesteś.
-Niestety, nie umiem grać.
-Wcale nie chcę, byś grała.
-Wiec daj szansę komuś innemu. Proszę! Zostaw już mnie! Błagam!
Jej twarz nie była już taka jak przed rozmową. Straciła rumieńce na policzkach a oczy zmniejszyły się do granic możliwości. Zacząłem się bać, bardzo się bałem. Czułem oglądających mnie ludzi, którzy stoją dookoła. Patrzą się na mnie. To ja jestem inny, nie ona. To ja już mnie potrafię zobaczyć. Zamykam oczy i śnię. Śnię o niebieskim, spokojnym morzu. Stoję na plaży, na niebiańskiej plaży. Z daleka biegnie w moją stronę jakaś postać. Potknęła się!
-Wstań! Wstań! Nie poddawaj się!
Leży, nie potrafi się podnieść. Nie wierzę! Jakby straciła już ten cel. Ma siłę, ale nie chce dalej walczyć.
Niebo i Morze zaczynają walczyć ze sobą. Pokazują swe niezmierzone siły. Wiatr zostaje ugodzony błyskawicą. W tym samym momencie ogłusza mnie potężny grzmot, a błysk oślepia. Nic nie słyszę ani nie widzę. Czuję zimno i mokro. Nie potrafię ustać na nogach o własnych siłach. Po omacku szukam podpory. Nie zdążyłem. Był szybszy ode mnie. Runąłem na ziemię niczym bezbronny kaleka.
Przecieram oczy, próbuję otrzepać twarz z piasku. Widzę daleko stojącą postać, patrzącą się w moim kierunku. Słyszę jak woła...
-Wstań! Wstań! Nie poddawaj się...
-Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz?
-Wstań! Wstań!
-Ale dlaczego?
-Chcesz poznać odpowiedź.


-Jakie są Twoje?
-Marzę aby było dobrze.
Góry były coraz bliżej ale dalej słyszałem plącz dziecka. Był trochę mnie donośny niż przed kilkoma latami lecz ciągle trwał. Przyzwyczaiłem się do niego, lecz wiedziałem, że nie może mi towarzyszyć dalej.
-Chcę aby przestało płakać.
-Myślisz, że potrafię to uczynić?
-Potrafisz wszystko.
-Zastanów się jeszcze raz. Jeszcze raz, dokładniej.
-Chcę dotrzeć na szczyt.
-Ale wiesz co to będzie oznaczało?
-Wiem.
-To jest moja góra, muszę ją zdobyć, tam leży odpowiedź! Dotrę do niej i otworzę innym umysły, ich podświadomości.


Postać znikła. To wiatr mi ją zabrał. Nie wiem ile biegłem. Szesnaście razy okrążyłem wyspę. Nigdzie jej nie było, a niebo z morzem tylko śmiały się coraz mocniej ilekroć okrążyłem ich Świat po raz kolejny. Powoli zdałem sobie sprawę, że bez ich szyderczych uśmiechom nie pokonałbym strachu przed nieznanym. Chcieli mnie pokonać, nie dałem tej satysfakcji moim wrogom...


-Tak bardzo boję się iść wyżej.
-Daj spokój...
-Byłaś kiedyś tam?
-Nigdzie gdzie Ciebie nie było. Coś się stało? Nie patrz w dół.
Są monotonne i męczące. Moja drabina wydaje się nie mieć końca. Ona nie ma końca! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Potrzebowałem aż tylu szczebli? Nie mogłem stwierdzić tego na samym początku i dać sobie z tym spokój? Już nie pamiętam, kiedy był pierwszy krok. To było tak dawno temu. Przecież to było niedawno a jednak nie pamiętam. Nie mogę pamiętać.

pablo

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij