ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Historia rodem z Dzikiego Zachodu

22 Oct 2004 :: 23:47

Świeża krew znaczyła drogę od drzwi do pogrążonego w ciemności kąta sali. W pomieszczeniu była tylko jedna lampa - zawieszona pod sufitem i dająca małe światło. Knot już się kończył, toteż ogień nie miał za bardzo na czym tlić się. Za oknem panowały ciemności; widać było jedynie czarne, bezchmurne niebo pełne gwiazd. W tym słabym świetle wystrój pokoju wydawał się być jeszcze skromniejszym niż zwykle. Hebanowy stół, takie samo krzesło i niewygodne łóżko, które strasznie skrzypiało pod, choćby najmniejszym, ciężarem. Drobniejsze sprzęty ginęły w mroku.

Z ciemnego kąta wyłoniła się jakaś postać. Jej zarysy przedstawiały mężczyznę średniej postury. Kiedy kowboj wstał można było zauważyć, że braki siły fizycznej nadrabiał inną bronią. Dwa colty wspaniale prezentowały się w skórzanych kaburach. Mężczyzna popatrzył w jakiś punkt w podłodze najwyraźniej modląc się za duszę zmarłego po czym założył brązowy kapelusz, poprawił pas i ruszył ku wyjściu.

Miasteczko było uśpione. Nieliczne światła dogasały w niektórych oknach salonów i hoteli. Kowboj wyszedł na szeroką ulicę i ruszył ku jednemu z najmniejszych budynków w tej części miasteczka. Przy drzwiach stało dwóch bramkarzy. Mieli na sobie eleganckie czarne garnitury oraz dla kontrastu gigantyczne bicepsy. Kowboj okazał bilet, ale ku swojemu niezadowoleniu musiał również zostawić ochroniarzom obydwa colty. "Na teren hali wchodzimy bez broni, sir."

Budynek z zewnątrz wydawał się bardzo mały. Jednak w tym przypadku powiedzenie "nigdy nie ufaj pozorom" pasowało idealnie. Mały budyneczek był jedynie "przedpokojem" podziemnej hali, która mogła pomieścić trzytysięczną publiczność (biorąc pod uwagę, że miasteczko nigdy nie liczyło sobie ponad dwa tysiące mieszkańców to liczba ta musi budzić podziw). Na środku hali stał ring bokserski, dość często wykorzystywany do nielegalnych pojedynków. Mimo iż interes był niezgodny z prawem, w niczym to nie przeszkadzało jego popularności. Na co większe walki zjeżdżała się publiczność z dość odległych miast. Krążą nawet plotki, że sam gubernator stanu zjawiał się oglądać swojego ulubieńca, Cypsy'ego. Oczywiście incognito. Nie powinno zatem dziwić, że prawdziwą władzę w miasteczku sprawowała rodzina Scarlettich, osadników z Włoch, mających tradycje mafijne. Pieniądze czerpali z hazardu, ustawionych walk oraz (o dziwo najrzadziej!) z drobnych wymuszeń. Jednak rodzina stosowała przemoc wobec mieszkańców bardzo niechętnie. Robiło to tylko i wyłącznie wobec osób nieprzychylnych. Jedna z takowych miała zjawić się w miasteczku najbliższym pociągiem z Werktałn.

Historia sporu była banalna. Jeden z lepszych bokserów, w nagrodę za przynoszenie sporych zysków głowie rodziny, dostał pozwolenie na wyprawę do narzeczonej pracującej w owym mieście, zwanym nie bez powodu miastem "tysiąca fabryk". Na miejscu stara prawda "kobieta zmienną jest" okazała się prawdziwą. Nowy wybranek serca zginął w objęciach kobiety paskudnie pocięty przez zazdrosnego boksera. Ona sama również nie przeżyła zdrady. Wściekły zabijaka wrócił do miasteczka i wciąż odczuwając piętno na psychice znokautował pierwszego lepszego przeciwnika w ringu po pięciu sekundach. Znokautowany nie przeżył. Jednak w przypływie furii zawodnik zapomniał sprawdzić czy zabici nie mają mściwej rodziny. Okazało się, że chłopak jego martwej już dziewczyny miał brata. Na dodatek wiedział do kogo ma się zgłosić z żalem ze swoimi srebrnymi coltami. Jego pociąg spodziewany był na dniach...

Drobny chłop przebierał palcami obu rąk po brzegach swego kapelusza. Siedział na dość niskim, nawet dla niego, taborecie i wpatrywał się przerażonymi oczyma w kryształową kulę. Na stole okrytym za dużym, czerwonym obrusem leżał ów owalny obiekt, od którego nie mógł oderwać oczu. Nad kulą raz po raz pojawiały się zniszczone dłonie wróżbitki. Miała ona niesamowicie długie palce i bardzo pomarszczoną skórę na całym ciele. Mimo to nie była tak starą. Liczyła sobie dopiero pięćdziesiąt jesieni. Mimo to kobieta nie narzekała na swój wygląd. Wręcz przeciwnie. To on pozwolił zrobić jej błyskotliwą karierę. Mając lat dwadzieścia uznano, że nadaje się na praktyki u Madame Tousielle, słynnej wróżbitki znanej z tego iż jej wróżby rzadko kiedy się nie sprawdzały. Toteż i Madame Outcher doszła do wielkiej wprawy. Całe miasteczko znało ją i poważało nie mniej niż familię Scarlettich. Gościła u siebie ludzi pragnących szybko wzbogacić się, uciec przed pościgiem lub takich, którzy nie wiedzieli co zrobić. I do tej ostatniej grupy zaliczał się młody chłop siedzący obecnie przed nią z przerażeniem w oczach.
- Powiadasz, mój drogi, że znalazłeś rewolwer na swoim polu, czy tak? - w głosie Madame nie dało się wyłapać jakichkolwiek emocji.
- Dokładnie droga pani. Kosiłem pole za miastem i...i... tam leżała ta, o - chłop wyciągnął rewolwer z kieszeni aby pokazać znalezisko kobiecie - ta broń.
- Dziwne.... - wróżbitka w ogóle nie zainteresowała się kawałkiem żelastwa tylko spojrzała w swoją kulę - dziwne... Posłuchaj, mój drogi, zabijesz dziś człowieka, eee, mężczyznę. - Chłop wyraźnie zbladł. - Przez przypadek na dodatek. Nie lękaj się jednak! Da ci to wspaniałą robotę, a także wielkie pieniądze. Nie uciekaj więc od swego przeznaczenia, mój drogi. - To mówiąc Madame Outcher szeroko się uśmiechnęła.
- Dziękuję... Naprawdę dziękuję. Będę mógł w końcu spać spokojnie. Jeszcze raz dziękuję... - Chłop uginając się pod brzemieniem uprzejmości opuszczał powoli lokal nie myśląc nawet o tym by odwrócić się. Jeszcze dobrodziejka obraziła by się. Kiedy jednak w końcu chłop opuścił pomieszczenie Madame szepnęła do samej siebie:
- Głupiś, mój drogi, oj głupiś... Najpierw zabijesz przez przypadek, ale jednocześnie ten sam przypadek podpisze wyrok śmierci na tobie. Oj głupiś....

Zawiadowca wyszedł na peron przeklinając samemu w duchu nie wiedząc co. Był wściekły. Pociąg spóźniał się już trzy godziny. Gdyby był to zwykły pociąg nie wściekałby się tak, ale w tym przypadku... Mężczyzna spojrzał na swój kieszonkowy zegarek. Trzy godziny... Zawiadowca podniósł głowę i podrapał się po swej bujnej czarnej brodzie. Rozejrzał się po prerii, a następnie wszystkim tym biednym ludziom, którzy kisili się na słońcu w oczekiwaniu swego pociągu. Trzy godziny spóźnienia... Może ich napadli? Psia krew!

Na stacji pojawiła się nowa persona. Był to mężczyzna rasy czarnej. Zawiadowca nic nie miał do Murzynów, ale nie lubił gdy takowi łazili po jego stacji. Przyjrzał mu się dokładniej. Mężczyzna wyglądał jakoś obco... jakoś dziwnie. Z jednej strony miał na sobie elegancką czarną kamizelkę spod której wydać było flanelową białą koszulę, wysokie czarne buty z obcasem i przyczepionymi ostrogami oraz bogato zdobiony pierścień na palcu. Z drugiej w kaburze świecił pokryty rdzą rewolwer, błoto na butach, a nawet... twarzy. "Oj, dziwny to był jegomość. A może...? Nie, to niemożliwe. Chociaż... Mr. Scarletti sam mówił, że przyjdzie nowy człowiek, który będzie się mocno wyróżniał swoją fizjognomią. Ale, żeby aż takiego patałacha? Oj, źle się dzieje, źle...". Zawiadowca rozmyślał tak jeszcze kilka minut, gdy nagły świst przerwał jego zadumę. Obejrzał się i zauważył wysoki słup dymu wyjeżdżający zza widnokręgu. Nareszcie!

Boss Scarletti był miłośnikiem boksu. To boks sprawił, że jest człowiekiem z którym liczy się cały stan, a także kilka innych. Kiedy wyjeżdżał z Italii był biednym pucybutem, jednak tutaj... Tutaj szybko odkrył zapotrzebowanie na "rozrywkę". Droga kariery stała otworem. W przeciągu sześćdziesięciu lat pobytu na Północnym Kontynencie praktycznie stworzył swoje własne miasteczko oraz sieć hal nielegalnego boksu. Zatrudniał wielu "skautów", których głównym i jedynym zadaniem było szukanie i szkolenie przyszłych mistrzów boksu. Nikt jednak nie wie ile lat tak naprawdę miał stary boss. Jego krągły brzuszek i ponura sylwetka nie pozwalały określić zbyt precyzyjnie wieku. Widać jednak głowa rodziny nie myślała jeszcze o śmierci skoro tak żywo reagowała na problemy.
- Cooo? Jakiś cwaniak chce sprzątnąć Tigera?? - twarz Starego była czerwona od gniewu. - Ktoś chce zadrzeć z MOJĄ rodziną!? O, niedoczekanie. Zastawić pułapkę na tego bezczelnego osła, albo... - Boss uspokoił się, co pomogło racjonalnie myśleć. - Albo nie. Mam lepszy pomysł. Chichi?
- Tak panie. - Chichi zawdzięczał swoją ksywkę niezwykle piskliwemu głosowi.
- Znajdź mi w tym mieście jakiegoś półgłówka, który nie ma z nami żadnego powiązania. Nie chcę żeby okazało się, że obraziliśmy jaką większą rodzinę, która zacznie seryjnie przybywać do mojego miasteczka pałając zemstą. Namów tego debila żeby odwalił tą brudną robotę, a później w imieniu pilnowania porządku sprzątniesz go i rozwiesisz plakat, jakobym dał ci cynk. W końcu jesteś szeryfem, no nie Chichi?
- Tak panie. - Boss lubił, a nawet ufał swojemu szeryfowi z jednego prostego powodu. Chichi był półgłówkiem.

Długa kolumna wagonów wtoczyła się na stację. Para wciąż unosiła się nad lokomotywą, nie zostawiała już jednak długiego pasma za sobą. Pierwsi pasażerowie z namaszczeniem opuszczali pociąg. Długa podróż zmęczyła nawet najsilniejsze mięśnie i organizmy. Także oczekujący na stacji z radością przyjęli przybyłych. Zawiadowca zajęty zajęciami nie zauważył, że Murzyn w ogóle nie zareagował. Stał oparty o budynek dworca i niewzruszony nie reagował na coraz to kolejne grupki podróżnych mijające go. Nie zauważył też znajomego chłopa, Piotra, który wypadł jak postrzelony z budynku w którym przyjmowała Madame Outcher. Chłop zapomniał, że tym pociągiem przyjeżdża jego teściowa. Ze strachu biegł tak szybko, że tuman kurzu, jaki się za nim wznosił, spowodował lekki zamęt wśród podróżnych przechodzących tą drogą. Zapomniał też schować swoją broń w bezpieczne miejsce. Kogoś potrącił, kogoś popchnął... Samemu ledwie utrzymując równowagę biegł ile sił w nogach. Już wbiegał na stację, już wszyscy podróżni rozeszli się na boki, aby mu ustąpić miejsca gdy nagle nie zauważył stopnia. Przewrócił się i tak mocno zarył twarzą w ziemi, że nie usłyszał jak jego broń wystrzeliła. Leżał tak lekko zakrwawiony przez kilka sekund po czym... zemdlał.

Głowa rodziny ma to do siebie, że musi podejmować ważne decyzje. Jeśli kieruje się emocjami to najczęściej są to złe decyzje, ale jeśli tak jak boss Scarletti jest spokojny...
- Ach... - Scarletti nabrał powietrza w płuca, bacznie się przyglądając swoim ludziom - a więc ten chłop zabił twojego wybrańca...? Zrobimy więc tak... Chichi! Znajdź tego gościa i powiedz mu, że zamkniesz go w więzieniu jeśli nie będzie współpracował. Wywieś wcześniej plakaty z informacją o nagrodzie... powiedzmy 5.000 sztuk złota za jego głowę. Obiecaj mu, że zostanie uniewinniony! Chyba nie muszę mówić, że ma on przejąć zadanie... tego, jak mu było... Murzyna, tak?
- Tak panie. Już idę wykonać rozkaz.
- Dobrze, dobrze... Byleby zdążyć przed walką, byleby zdążyć...

Od miesiąca głośno było o walce Cypsy'ego z Tigerem. To miał być hit roku, a wg niektórych głosów starych wyjadaczy miała to być wręcz najlepsza walka odkąd Lyson pobił Tewisa. Fakt, faktem pojedynek cieszył się wielkim zainteresowaniem, a bilety sprzedano w godzinę po otwarciu kas. Pozostawiono jedynie sto wejściówek dla specjalnych gości, którzy już nie zmieszczą się w loży dla VIP-ów. Obaj bokserzy cieszyli się podobnym poparciem, a jedyne co mogło popsuć pojedynek to ewentualne jego sprzedanie. Jednak ostatnie pojedynki Tigera, w których to zawodnik jak rozjuszony byk powalał przeciwników na deski zaraz po pierwszym gongu uspokajały większość pesymistów. Co do Cypsy'ego - był to jedyny zawodnik w historii nielegalnych walk, którego "podejrzewano" o honorowość. Walka miała rozpocząć się równo o północy. Do rozpoczęcia walki wieczoru pozostały już godziny. Bokserzy siedzieli w swoich szatniach motywując się do walki. Jednak jeden z nich miał z tym niemałe problemy. Dostał tajemniczą paczkę, w której znalazł zdjęcie swojej byłej dziewczyny i list miłosny od niej, który napisała miesiąc temu. Pisała, że go kocha i że przeprasza, ale już nie może dłużej żyć bez mężczyzny, sama, niepewna jutra. Tiger popłakał się.

Piotr zabił swojego przyjaciela po fachu, ale o tym nie wiedział. Gdy się obudził leżał w wygodnym łóżku w hotelu. Obok stał szeryf Chichi. Piotr domyślił się, że kogoś zabił i nastał jego czas. Mimo bólu był pełen wigoru. Szybko podniósł się na łóżku i oczekiwał na reakcję szeryfa.
- Jesteś aresztowany. - Piotrowi z zaskoczenia opadła szczęka i oczy wyszły na wierzch. - Ale możesz się wymigać. Wystarczy, że zabijesz pewną personę. Przyjechała dziś pociągiem. Wiemy o tej osobie tylko tyle, że nosi przy sobie dwa piękne colty i że dobrze strzela. Odnajdź tego gościa przed dzisiejszą walką. Inaczej zgnijesz w areszcie. - Piotr wciąż słuchał oszołomiony. Gdy szeryf opuścił pokój położył się na łóżku i zasnął.

Obudził się wieczorem. Przypomniał sobie zadanie, szybko ubrał i jak najprędzej wybiegł z hotelu. Zrobił to w takim pośpiechu, że przez nieuwagę wpadł na jakiegoś kowboja. Przeprosił go, pomógł otrzepać się z kurzu i zauważył dwa piękne colty w kaburach. Mężczyzna po tym incydencie ruszył swoją drogą. Kierował się do budynku, pod którym kryła się hala bokserska. Trzeba było działać szybko. Piotr obiegł sprintem hotel i ukrył się w cieniu, obok budynku w, którym zwykle spał murzyn, jego przyjaciel z pola kukurydzy.
- Stój bo strzelam!
- Strzelaj. - Kowboj przemówił głosem nie tyle obojętnym, co znudzonym. Piotr nagle zauważył, że znalazł się w krytycznej sytuacji. W pośpiechu zapomniał zabrać rewolwer. Schylił głowę i spojrzał na swoje puste kabury. Kiedy na powrót podniósł głowę zobaczył pięść, która z trzaskiem uderzyła go w nos. Potem widział już tylko ciemność.

Hala była wypełniona jak oczekiwano po brzegi. Kowboj znalazł swoje miejsce i, bez większego zainteresowania mniejszymi walkami poprzedzającymi główne starcie, czekał.

W drugiej szatni siedział Cypsy. Mimo całej swojej honorowości miał wiele wad. Był między innymi strasznym pijakiem. Zawsze w noc poprzedzającą wielką walkę musiał się upić. Tak też było i tym razem. Cypsy siedział na ławie i wspominał upojną noc. Tą piękną kobietę, jej genialne ciało i tego hojnego gościa, który tak śmiesznie wyglądał w swoim kowbojskim kapeluszu i poważnej minie. Tajemniczy mężczyzna zafundował mu niezliczoną ilość kolejek, a w dodatku dał mu prochy. Prawdziwe, czyste prochy! Ha! To się nazywa gest. I nawet nic nie chciał za to; ani przegranej w dzisiejszej walce, ani wygranej. Nic. Po prostu kazał mu się bawić. To się nazywa gest.

Do walki pozostała godzina, a w obu szatniach panowały zupełnie odmienne nastroje. Tiger uspokoił już swoje nerwy i zmył łzy z twarzy. Nie potrafił jednak wybaczyć sobie swoich błędów. Cypsy spał.

W hali nagle ucichło. Przez wszystkie mniejsze walki panowała wesoła atmosfera, rozmawiano o interesach, życiu, jednak gdy ogłoszono, że do wybicia północy pozostało dziesięć minut wszyscy ucichli. Zapalono specjalne reflektory oświetlające korytarz od szatni do ringu i sam ring, na którym pojawił się boss Scarletti.
- Mili państwo - rozpoczął chrypliwym głosem - będziemy dziś świadkami wielkiego starcia. Najlepszy kwiat moich treningów stoczy dziś pojedynek o mistrzostwo stanu, a kto wie czy nie całego kraju! Proszę państwa! Jeśli jeszcze nie postawiliście na swojego pupila swoich oszczędności to nastała ostatnia pora ku temu, bo oto, mierzący 196 cm wzrostu, ważący ponad sto kilo żywej wagi pięściarz niepokonany na nielegalnym ringu, mający na koncie trzysta zwycięstw z czego większość przez nokaut, mistrz szybkiego powalania na deski, wojowniczy, nieprawdopodobny idol waszych seeerc - T I I I I I I I G E R ! ! ! - Nastały gwizdy i okrzyki aplauzu nawzajem się przekrzykujące. Z szatni wybiegł niezwykle umięśniony mężczyzna. Z ponurą miną, bez zbędnych okrzyków w stronę publiczności udał się na ring. Brak emocji w jego wejściu spowodował, że szala sympatyków nagle przegrywała z przeciwnikami. Niezrażony tym zbytnio boss wezwał następnego boksera:
- A teraz absolutny hit ostatnich miesięcy, który błyskawicznie zjednał sobie sympatyków boksu, mierzący 187 cm wzrostu, skromnie zbudowany, ważący zaledwie 80 kg, niezwykle wytrzymały na ciosy i zadający potężne, szybkie uderzenia, idol kobiecej części publiczności, absolutna rewelacja na skalę światową, zwycięzca wszystkich swoich walk, których było około stu, wszystkie zwyciężając przez nokaut, nasz wspaniałyyyyy - C Y Y Y Y Y Y P S Y ! ! ! - Scarletti miał coraz większą chrypkę, nikomu to jednak nie przeszkadzało, a najmniej samemu bossowi. Tymczasem Cyspsy wtoczył się w korytarz prowadzący do ringu. Jak pijany wymachiwał rękoma i jak pijany szedł. Był jednak gotowy do walki. Kiedy wszedł na ring, a sędzia dał znak do rozpoczęcia pojedynku kibice oszaleli w dopingu swoich pupili.

Rozpoczął się pojedynek. Obaj przeciwnicy zatoczyli koło bacznie się przyglądając, po czym z impetem ruszyli na siebie. Błyskawiczna wymiana ciosów trafiała najczęściej w powietrze, jednak niektóre z nich znalazły drogę do celu. Minęły pierwsze sekundy i polała się krew. Cypsy miał rozcięty łuk brwiowy. Walczył jednak dalej. Publiczność z podniecenia nie milkła, a przeciwnie - z każdą sekundą wrzawa podnosiła się. Kiedy dobiegała końca pierwsza runda ktoś ruszył się wśród publiczności i ruszył w pobliże ringu.

W loży dla VIP-ów wygodnie siedział boss Scarletti rozkoszujący się widokiem zażartej walki. Kiedy skończyła się pierwsza runda podszedł do niego jeden z jego ludzi i coś szepnął do ucha. Widać było to coś niemiłego, bowiem boss nagle spochmurniał.

Tiger i Cypsy siedzieli w swoich narożnikach przyjmując bez żadnych komentarzy i uwag zabiegi masażystów. W pobliżu Tigera zjawił się nagle jakiś mężczyzna w kowbojskim kapeluszu. Stanął za nim i szepnął do ucha jedno słowo. List.

Rozpoczęła się druga runda. Publiczność nawet nie zauważyła, że ludzie rodzinny Scarlettich wzmacniają ochronę drzwi wyjściowych. Jednak człowieka, którego szukali ochroniarze już nie było. Zdążył opuścić halę. Boss Scarletti wciąż szukał go wzrokiem po niej gdy nagle dobiegł jego uszu wrzask oburzonych kibiców. Zdążył jeszcze obrócić się i zobaczyć jak Tiger beznamiętnie stoi i pozwala się bezkarnie uderzyć. Honorowy dotąd Cypsy będąc wciąż pod działaniem narkotyków uderza go z całych sił w szczękę i nos łamiąc obydwie części czaszki. Wkrótce Tiger umiera na ringu pozostawiając wściekłych kibiców samym sobie.

Yanoo Ž production

27 października 2oo2

yanoo

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij