ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Światło

22 Oct 2004 :: 23:45

8.04.1999

Młoda para zakochanych w sobie ludzi wpadła do pokoju hotelowego. Wyglądali tak, jakby ze sobą walczyli. Jednak to nie była żadna bójka. Młode małżeństwo rozbierało siebie nawzajem kierując się przy okazji w stronę łóżka. Po drodze jedno z nich zapaliło przez przypadek światło. Kobieta poczuła słabe ukłucie w brzuchu, lecz zajęta partnerem nie zwróciła na to uwagi. Świeżo pobrani delektowali się miłością.

7 miesięcy później
- Jezu ona rodzi!
- Szykować porodówkę!!!
- Spokojnie mała, tylko spokojnie. Wszystko będzie w porządku. Oddychaj głęboko. Ooo, właśnie tak. Mała grupka mężczyzn i kobiet biegła w stronę sali porodowej. Pchali przed sobą młodą, ciężarną kobietę, która miała za chwilę urodzić dziecko. O dwa miesiące przed czasem. Cała spocona została wprowadzona do "porodówki", gdzie czekała ją przesiadka na następny stół. Lekarze nie marnowali czasu. Dla kogoś niezorientowanego sala porodowa wyglądała teraz jakby trwał w niej armagedon. Jednak lekarze wiedzieli co robili, znali się na swojej robocie.
- PSZYYYYJ!!!! Chodź tutaj malutki, pokaż co potrafisz, niech mamuśka będzie z ciebie dumna! Nowy obywatel przychodził na świat. Nieśmiało wydostawał się z bezpiecznego łona matki kierując się w stronę nowych problemów. Był cały we krwi. Pielęgniarka ścierała ją czym tylko mogła, lecz krew nie znikała ze skóry dziecka. Miała ona zniknąć dopiero po trzech dniach.
- Popatrz jaki śliczny. To twój synek.
- Ewa? - pielęgniarka popatrzyła niepewnie na lekarza - zabierz to dziecko, TRACIMY JĄ!
Wypadki potoczyły się w lawinowym tempie. Po tradycyjnych metodach przywrócenia akcji serca, które niestety zakończyły się porażką, stwierdzono zgon. Kobieta miała na imię Maria.

Małe było zaskakująco ciche od początku porodu. Jakby zdawało sobie sprawę, że nie należy przeszkadzać w tych tragicznych chwilach. Jednak i ono nie wyglądało najciekawiej. Nikt nie potrafił zatrzymać krwawienia. Obawiano się, że dziecko również straci życie. Mimo iż nie stwierdzono żadnych dodatkowych złych objawów, to sam upływ krwi wyglądał okrutnie. Do tego stopnia okrutnie, że ojciec dziecka popełnił samobójstwo. Po tym wydarzeniu krwawienie ustało. Pojawił się natomiast nowy problem. Dziecko nosiło stygmaty. Ślady na rękach, nogach, głowie i brzuchu. Ślady pojawiające się jedynie u ludzi głęboko wierzących.

19.05.2015
"...mimo tych informacji, Biały Dom zaprzecza jakoby miało dojść do zamachu na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tymczasem siły NATO prowadzą natarcie na kolejną wioskę Iraku. Mimo wyniszczenia całej armii Afganistanu i jakichś osiemdziesięciu procent wojsk Iraku, przywódcy islamscy nie poddają się i zapowiadają kolejne ataki na sojuszników "diabła", jakim to mianem nazywają USA..."

- Jurek! Obudź się wreszcie i rób zadanie! - starsza kobieta schludnie ubrana stała przed klasą i tłumaczyła zadanie niezwykle chłonnym umysłom młodych ludzi - Tak więc należy przenieść to wyrażenie na lewą stronę, zastosować wzór skróconego mnożenia, a potem już wszystko powinno być jasne. Jakieś pytania?
- Yyyy, a skąd się wzięło to "trzy iks"?
- Dziecko, nie ma takich pytań! Jak to skąd się wzięło? Przecież ćwiczyliśmy to i musisz to wiedzieć!
- Ktoś to rozumie? Jeśli tak to proszę o korki. - Jurek najwyraźniej obudził się.
- Jezu, ja chcę do domu... Jurek? Nic ci nie jest? Wyglądasz jak byś zobaczył ducha.
- Brrr... Tak też się czuję. Nie wiem dlaczego, ale kiedy słyszę to imię... to... jakoś tak dziwnie się czuję. Nie wiesz co to może być?
- Chyba powinieneś pójść do domu i się przespać.
- Może masz rację. - DRRRRyŃ!!!! Dzwonek szkolny niczym wystrzał z armaty przywrócił Jurka z powrotem do świata żywych. - Chyba masz rację. Pójdę się zwolnić. Na razie.
- No. Trzymaj się.

Rok 2015. Rok przełomowy dla świata. W wyniku kolejnych zamachów terrorystycznych zginął następca jedynego polskiego papieża. Odkryto podziemną bazę na Marsie. Znaleziono lekarstwo na AIDS. W tym roku nastąpiła taka częstotliwość ważnych dla świata wydarzeń, że niektórzy poważnie zastanawiali się nad nadciągającym końcem świata. Kolejne przepowiednie, daty nie potwierdzały się. Ludzkość przytłoczona tym wszystkim czuła się zmęczona. Potrzebny był przełom. Dobry przełom. Coś, co podniosłoby wszystkich na duchu. Jakiś happy end wszystkich nieszczęść.

Młody chłopak skierował swe kroki w stronę domu. Był niezwykle spokojny, a zarazem bardzo skupiony. Szedł od czasu do czasu rozglądając się leniwie na boki. Zdawał sobie sprawę, że jest śledzony. Nie przeszkadzało mu to jednak. Kiedy doszedł pod dom, piękny dwupiętrowy budynek, nie wszedł do środka. Popatrzył na żółte ściany, na kwiaty zdobiące okna i balkon. Kiedy nacieszył swe oczy tym widokiem powędrował dalej. Miał misję. Misję od Boga.
- Co jest? Gdzie on kurwa idzie?
- Daj spokój szefie. Pewnie o czymś zapomniał, albo postanowił wybrać się na spacer.
- Może masz rację. Może to tylko ja jestem taki przewrażliwiony. Wiesz, ta wojna...
- Nie ma wieści o dzieciaku? Proszę być optymistą. To podobno pomaga. Po za tym, ten cały Jurek, nigdzie nam nie ucieknie. Ponad siedem patroli przez całą dobę kontroluje jego ruchy. Czym tu się przejmować? Nie ucieknie nam.
- Słowo?
- Słowo.
Jednak starszy sierżant nie miał racji. Nie wiedział, tak jak pozostałe sześć patroli, z kim ma do czynienia. Nikt nie wiedział. Przez szesnaście lat Jurek nie zrobił nic, co by wskazywało na jego niezwykłość. Nic. Jedynie fakt, że wydano zbyt dużo pieniędzy na dbanie o niego likwidował możliwość wycofania się z projektu. Teraz Jurek postanowił działać. Nie mógł dłużej czekać. Musiał coś zrobić. Idąc wąską aleją przeskoczył mały płotek i uciekł przez czyjś ogródek.
- Gdzie on spierdala? Wysiadaj i biegnij za nim mądralo.
- Do wszystkich jednostek w pobliżu sektora G10. Święty uciekł z pola widzenia. Powtarzam, święty uciekł z pola widzenia....
Uciekł i nie wrócił. Niedługo miał być w polu widzenia szerszym aniżeli siedem patroli oddziałów specjalnych. Lecz najpierw potrzebował się przygotować.

"...Stany Zjednoczone potwierdziły informacje jakoby Irańczycy grozili użyciem bomby atomowej. Nie chcą jednak zdradzić czy ich satelitom udało się wykryć jakąkolwiek wyrzutnie tychże pocisków. Biały Dom informuje za to, że prezydent USA jest jak najbardziej bezpieczny ze strony terrorystów..."

USA, Waszyngton miesiąc później
Piękne drapacze chmur spoglądały groźnie na przechodniów. Poza turystami (i tak nie było ich za wiele - podróże do tego miasta zaczęto uważać za wyczyn równy z wspięciem się na Mount Everest) nikt nie zwracał uwagi na budynki. Ludzie szli, każdy w swoją stronę. Jednak jeden przechodzeń wyróżniał się wśród innych. Stanął na chodniku i spoglądał do góry jakby zobaczył nadlatującego Boeinga 707. Przyglądał się uważnie drapaczom chmur przez kwadrans, po czym powolnym ruchem zwrócił głowę przed siebie. Spokojnym krokiem udał się do pojazdu z napisem "TAXI".
- Where?
- To White House, please.

Biały dom przypominał twierdzę. Żołnierzy gwardii narodowej był cały rój. Gdyby ktoś poznał zamiary Jurka, wyśmiałby go. Jego pomysł był równie szalony, co skazany na porażkę. On jednak postanowił spróbować. Przecisnął się przez tłumy demonstrujące wokół Białego Domu i podszedł do wartownika.
- Chcę się widzieć z Georgem Buschem III.
- Że jak? Z kim?
- Z prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Chyba wyraziłem się jasno. - Żołnierz spojrzał na przybysza jak na wariata.
- Słuchaj koleś. Nawet gdy był pokój i nikomu nie kopaliśmy dupska to takie kmiotki jak ty nie miały prawa zbliżyć się do pana prezydenta. Rozumiesz?
- Jasne. A teraz wpuść mnie.
- A właź! Niech cię podziurawią jak ser szwajcarski. No dalej, właź!

Kolega wartownika z przerażeniem odsłuchał mowy przyjaciela, lecz nim zdążył zareagować, Jurek był już na dziedzińcu przed wejściem do Białego Domu. Tam o dziwo nikt nie zwrócił na niego uwagi. Żołnierze wręcz przewracali się o niego, lecz nikt nie zwrócił mu chociaż uwagi. Jurek szedł po prostu przed siebie aż dotarł do drzwi. Nie musiał pukać. Co chwila ktoś wchodził i wychodził, więc drzwi były otwarte. Nie było przy nich nawet wartownika. Przecież tyle tu wojska... Jurek orientował się zaskakująco dobrze w labiryncie korytarzy. Tak jakby to był jego własny dom. Dom bez tajemnic. Parł cicho do przodu nie zwracając uwagi na nikogo i nikt nie zwracał uwagi na niego. Być może dlatego, że aż roiło się w tym budynku od ludzi po cywilu, być może dlatego, że nikt nie znał tu wszystkich, a być może dlatego, że miał szczęście. Albo znał magię. Magię, którą oczarował wszystkich na swojej drodze. W końcu znalazł właściwy pokój. Wszedł bez pukania i zastał w gabinecie łysawego i zmęczonego mężczyznę w garniturze, który siedział zamyślony w wygodnym fotelu.

"...Departament zaprzecza, jakoby miało dojść do użycia broni atomowej. "Nic takiego nie ma prawa się zdarzyć, lecz jeśli nawet dojdzie do wystrzelenia rakiety, to mamy środki aby ją unieszkodliwić." W ten oto sposób uspokajano na specjalnym wystąpieniu..."

- Witaj. Znasz mnie, prawda? - Prezydent USA otworzył oczy i spojrzał na przybysza. Nie wydawał się być zaskoczony najściem.
- Znam cię. Ale... widziałem cię jedynie w snach. To było...
- Objawienie.
- Tak. Chyba tak. Chyba masz rację. Hmm. Czy to nastąpi już teraz? W tej chwili? Zrobisz `pstryk` palcami i będzie koniec?
- Nie. Oczywiście, że nie.
- To po co tu przybyłeś? Oczernić w ostatnich chwilach życia potęgę gospodarczą i militarną? Powiedzieć nam, jacy jesteśmy źli i że zasługujemy na wieczne potępienie?
- Przyszedłem... pomóc.
- HA! W czym? Jak? Bo jeśli chodzi o tych terrorystów to już sobie poradziliśmy z problemem.
- Nie. Chciałem pomóc tobie. Umysłowo pomóc.
- Co masz na myśli?
- Jesteś dobrym człowiekiem. Jednak zbyt zmęczonym, aby racjonalnie myśleć. Popełniałeś błędy w swoim życiu. Ciężkie błędy i będziesz musiał za nie zapłacić. Chciałem ci w tym pomóc. Okryć płaszczem ochronnym i złagodzić ból.
- Co więc mam zrobić?
- Zgódź się na koniec. Zgódź się, a skończą się wszelkie problemy. Poświęć ten świat, a będziesz zbawiony.
- Dobrze zrozumiałem? Mam powiedzieć "tak" za zmazanie mi grzechów i poświęcić tą planetę? Istnienie Ziemi zależy teraz ode mnie? A co jeśli się nie zgodzę?
- Nic. Świat będzie trwał dalej. Jednak ty popadniesz w obłęd, a mnie już tu nie będzie. Ty zwariujesz, a na świecie wcale nie będzie lepiej.
- Nie mam wyboru?
- Masz.
- Co to za wybór?!? A jeśli to podstęp? Jeśli nie jesteś tym za kogo się podajesz, a czymś odwrotnym? Co wtedy?
- Nie wiem. Wybór jest twój. Decyzja należy do ciebie.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej rozmyślał nad największym dylematem, jaki kiedykolwiek zadano człowiekowi. Postanowił zaryzykować. Zgodził się.
- Dobranoc.
- Już?
- Już. Dobranoc. - Wychodząc Jurek zgasił światło. To światło. Dobranoc.

Yanoo Ž production

yanoo

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij