ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Cure for AIDS

22 Oct 2004 :: 23:43

Ryk diesla towarzyszył mozolnej jeździe autobusu więziennego. Pojazd wspinał się krętą drogą w góry łączące Włochy z resztą świata. Alpy... Malownicze pasmo górskie na północy Italii. Wśród nich międzynarodowe więzienie dla osób uniemożliwiających bezpieczne życie innym; założone piętnastego grudnia dwutysięcznego dwunastego. Przez wielu najczarniejsza data w historii od czasów ataku na wieże w Nowym Jorku. Dla innych pomysł ten okazał się największym dokonaniem od wynalezienia antybiotyku. Cieszyli się, ale tylko do czasu gdy do ich drzwi zapukał funkcjonariusz w niebieskim kombinezonie ochronnym. Wielu z takich odbywało teraz ostatnią podróż życia w niebieskim autobusie z wielkimi literami na dachu - NO MORE AIDS.

Potężne mury w zwykłym mieście wzbudzały by podziw, a może nawet grozę. Jednak na tle gór były wręcz mikrusie. To jednak nie potrafiło pocieszyć nowoprzybyłych. Betonowe, pozbawione krzywizn i wielkie na dziesięć metrów, ściany były nie do sforsowania. Nawet jeśli by komuś udało się uciec z oczu strażników i ominąć mury to pozostają jeszcze góry i mróz. Ci, którzy jadąc tu podtrzymywali się na duchu myślą ucieczki, byli teraz niezwykle przygnębieni. Lekkie skrzypnięcie bramy i pojazd mógł wjechać na dziedziniec. Więźniów przywitało zimno i kilku strażników w kombinezonach z maskami na twarzach. Jeden z nich przemówił głosem spokojnym, ale bez nuty współczucia:
- Witam u progu ostatniego miejsca, które zobaczycie. Zgodnie z prawem międzynarodowym, które jest przestrzegane również w waszych krajach, zostaliście skazani na ten przytułek do końca waszych dni. Ten niewielki okres czasu możecie spędzić rozmyślając, modląc się, oglądając telewizję lub bycząc się na łóżku. Gdy choroba zeżre was do końca, wasze zwiędłe ciała zostaną poddane kremacji i, po odpowiednich testach, wysłane waszym rodzinom. Dokładny regulamin, wasze prawa i obowiązki, dostaniecie po zakwaterowaniu was w celach. Mieszkacie w jednoosobowych pomieszczeniach, jednak zawsze możecie spotykać się z innymi. Miłego pobytu. - Mimo maski, można było dostrzec krzywy uśmiech na twarzy klawisza.

Po tym krótkim przemówieniu zaprowadzono więźniów wąską ścieżką do budynku. Pancerne drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia i oczom przybyłych ukazał się długi na kilkadziesiąt metrów hol, zielone ściany, liczne lampy dające silne światło i mężczyzna po prawej stronie tuż przy wejściu. Siedział w małym pokoiku zerkając od czasu do czasu na monitory ukazujące różne miejsca w więzieniu. Był pierwszą osobą, którą więźniowie mogli zobaczyć bez kombinezonu. Jednak strażnik ów nie potrzebował go. Siedział bezpiecznie oddzielony stabilną kratą od holu, tak więc ryzyko zakażenia po prostu nie istniało. Mężczyzna rzucił krótkie spojrzenie na chorych poczym nacisnął jakiś przycisk. Z drugiego końca korytarza dało się usłyszeć ciche stęknięcie. Po przebyciu kilkudziesięciometrowego odcinka okazało się, że kolejne drzwi stały otworem. Za nimi były schody. Jedne prowadziły w górę, drugie w dół. Wybrali drogę do góry. Klawisz widząc więźniów niepewnie spoglądających w dół, wyjaśnił:
- Tam zaniesiemy was gdy zgaśnie wasza ostatnia iskierka życia.

Nieliczne stopnie okazały się końcówką ich podróży. Po przebyciu drogi równej jednemu piętru schody kończyły się, a kolejne już drzwi były otwierane w tradycyjny sposób. Przy pomocy klamki i klucza. Tymczasem kolorystyka ścian zmieniła się na szarawą, a lampom przybyły kratki zabezpieczające. Główna uwaga więźniów skupiła się jednak na czymś innym. Ich oczom ukazało się w pełnej okazałości miejsce mające zastąpić dom. Olbrzymia hala wypełniona stołami. Przy ścianach biblioteczki, półki z grami planszowymi i innymi drobiazgami. W każdym kącie duży, dwudziestopięciocalowy telewizor. Gdyby spojrzeć do góry, to zobaczyć można było balkoniki i okna. Jedne i drugie z zabezpieczającymi przed wypadnięciem kratami. Kilkudziesięciu lokatorów z zaciekawieniem przyglądało się przyszłym sąsiadom.
- To jest sektor C. - Głos klawisza przerwał "podziwianie" widoków. - Licząc z wami znajduje się tu w tej chwili stu dwunastu więźniów. Za chwilę zostaniecie rozdzieleni do cel, a ja tymczasem się z wami pożegnam. W razie kłopotów pytajcie strażników lub korzystajcie z mikrofonów. Nieuzasadnione użycie będzie karane. Żegnam. - Klawisz odwrócił się i zniknął za drzwiami, które przed chwilą przeszli.

Simmon był młodym mężczyzną. Miał długie, zapomniane już w tych czasach, włosy koloru rudego, niezwykle bladą skórę, pryszczatą twarz i wychudzoną sylwetkę. Do celi zaprowadził go strażnik w żółtym kombinezonie. Droga wiodła przez mały otwór w ścianie, kilka stopni i krótki korytarz z którego wychodziły drzwi do innych cel. Cela zaskoczyła go swoim urządzeniem. Spodziewał się spartańskich warunków, a dostał wygodne, miękkie łóżko, stoliczek z narysowaną szachownicą, mini biblioteczkę i mały telewizor przymocowany do ściany tuż pod sufitem. Okrągłe okienko wychodziło na halę główną. Brakowało jedynie balkoniku, ale nie zmartwiło to Simmona. Poczuł, że nie będzie traktowany jak śmieć, ale jak człowiek. To dodało mu sił i wiary do życia. Dopiero po wyjściu strażnika zauważył napis na ścianie: "aby żyć, musisz w to wierzyć". Simmon chciał żyć. Wierzył w to, że może żyć. To go zmotywowało, ale najpierw musiał się przespać. Długa jazda w trudnych warunkach i bez zmrużenia oka niekorzystnie wpływa na organizm. Usiadł powoli na łóżku, sprawdził sprężyny i położył się. Po kilku minutach z celi wydobywało się ciche chrapanie.

"Wybierz program. Biiip... Wybierz program. Biiip... Wybierz...". Simmon obudził się z nadzieją, że wydarzenia ostatniego dnia to był tylko sen. Szybkie spojrzenie przez zamglone snem oczy rozwiały jednak marzenia. Spojrzał do góry na telewizor. Wciąż nie mógł zrozumieć dlaczego skazańcom oferuje się takie wygody. Ba! Wygody to mało powiedziane. Telewizor sterowany głosem to ostatni krzyk mody, ale wśród bogaczy. Tego typu cacko kosztuje przecież około dziesięciu tysięcy euro, skąd więc taka rozrzutność?
- Wiadomości.
- Biiip... Wybrano program, proszę czekać. - po kilku sekundach na ekranie telewizora ukazał się mężczyzna w garniturze oraz ksiądz. W tle widniał napis NO MORE AIDS. Simmon skupił swój umysł na rozmowie wydobywającej się z czarnego pudełka.
- Przypomnijmy tym co dopiero włączyli odbiorniki, że Watykan wydał wczoraj wieczorem oficjalną zgodę na akcję NMA, a w studiu gościmy rzecznika prasowego papieża, który postara się nam wyjaśnić skąd ta decyzja. Tak więc - tu prezenter odwrócił się do swego rozmówcy - proszę nam powiedzieć dlaczego papież tak długo zwlekał z podjęciem decyzji na którą czekał cały świat blisko rok?
- Odpowiedź jest prosta. Papież nie mógł wcześniej wydać takiej decyzji. Spowodowane to było zawiłościami, które należało rozwiązać. Trzeba było sprawdzić dokładnie Biblię i wzmianki o podobnych procederach. W końcu, musieliśmy zebrać ogólną naradę całego duchowieństwa na temat NMA. To wszystko zabiera czas i stąd to opóźnienie.
- Czy rada była jednomyślna, czy może przebiegała w atmosferze kłótni? I w końcu, co zadecydowało o podjęciu decyzji na zgodę?
- Oczywiste jest, że nie wszyscy uczestnicy rady byli zgodni, ale znakomite argumenty zwolenników NMA rozwiały wszelkie wątpliwości. O podjęciu tej decyzji zadecydował cel jaki postawiło sobie NMA, tj. ratunek świata przed zabójczym wirusem oraz chęć zaoferowania tym biednym ludziom życia w dobrych warunkach; takich gdzie będzie się o nich dbać nie pokazując im tego, czy dając im dobra o których na "wolności" mogli by tylko pomarzyć.
- Dziękuję za odwiedzenie nas w studiu. A teraz....

Simmon wyłączył telewizor. Paplanina księdza wznieciła w nim uczucie głodu. Spojrzał przez okienko i dojrzał kilkunastu więźniów spożywających na terenie hali. Pospieszył na dół i dopadł pierwszego stolika. Siedziała przy nim kobieta i mężczyzna. Szybka wymiana zdań i wiedział już czego ma szukać. Usiadł kilka stolików dalej, tam gdzie było wolne miejsce. Podniósł blat stołu i jego oczom ukazał się kolorowy panel. Poprosił kartę dań. Na małym wyświetlaczu pojawiła się lista dostępnych posiłków. Simmon był zszokowany. Gdyby wybrał się do restauracji, to nie stać by go było na żadne z posiłków. Wybrał jakieś omlety o dziwnej nazwie po czym fragment podłogi zaczął się rozsuwać. Maleńka winda wyjechała z otworu. Na niej leżała srebrna taca z apetycznie wyglądającą papką oraz sztućce. Gdy to podniósł panel się zamknął czyniąc miejsce na posiłek, a winda znikła za zsuwającym się fragmentem podłogi. Po ostatnich dniach istnego postu omlety były niebem dla zaniedbanego zmysłu smaku. Zajęty rarytasem nawet nie zauważył jak dostawiono mu francuskie wino z roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego.

Boskie jedzenie ma jednak wadę taką samą jak każde inne - napełnia pęcherz. Dokończył posiłek i udał się na kolejne poszukiwania. Jakiś siwy staruszek wskazał mu drogę do wychodka. Łazienki były nie gorzej urządzone niż reszta. Mleczno białe klozety, wielkie lustra, wanny zamiast natrysku. To niczym nie przypominało publicznego WC. Nawet restauracyjne ubikacje nie mogły dorównać temu tutaj. Jednak Simmon'owi było wszystko jedno gdzie odda mocz. Pospieszył do pisuaru i ulżył swemu cierpieniu. Umył ręce pachnącym mydłem pielęgnującym dłonie i opuścił łazienkę. Stanął przy ścianie i rozejrzał się. Ludzie, dziesiątki ludzi chorych na AIDS wypełzło ze swoich cel po jedzenie i poranną toaletę. Wyglądali jakby uszło z nich życie. Żyli, ale tylko pozornie. Nieprawdopodobne wygody nie potrafiły zamaskować prawdy. Wszyscy są więzieni. Więzieni za to, że mieli pecha. Za to, że nie uchronili się przed zabójczym wirusem. Uwięzieni po to, aby zmniejszyć ilość zakażeń. Oni nie umrą ze starości, ale dadzą starość innym. Oni będą umierać powoli, ale nie przez pozbawienie układu odpornościowego. Oni umierają...
- ... z nudów? - Siwy staruszek po raz kolejny objawił się Simmon'owi tego dnia. Tym razem przerwał jego tok myślenia. A raczej uzupełnił.
- Skąd... Jak... Nic nie rozumiem. Kim jesteś?
- Człowiekiem, który wie za dużo. Masz rację. To wszystko - wskazał ręką halę - to tylko pozory. To się nazywa grą.
- Gra? Co ty staruchu pleciesz?
- Nie musisz mnie obrażać. Ja nie bredzę i jeśli chcesz poznać prawdę, jeśli chcesz mieć jakiś cel podtrzymujący sens istnienia to posłuchaj mnie! - Siwy człowiek musiał przerwać na chwilę by nabrać powietrza. - Moja cela mieści się obok twojej. Obserwuję każdego kto tu wchodzi i dopiero ty wydajesz się na tyle inteligentny by móc mi pomóc.
- Zaraz! To ty napisałeś ten tekst na ścianie, prawda? Po co? Czego ty ode mnie chcesz?
- Chcę by świat poznał prawdę. By przestano karmić ludzi bajką. Ten projekt przygotowywano pięć lat. Ludzie marketingu, wojskowi, zawodowi kłamcy... Wszyscy, których doświadczenie i bystry umysł mógł się przydać.
- A ty skąd o tym wiesz? Ty byłeś jednym z nich, tak? Ty gnido, wystarczy jedno słowo, a wszyscy tutaj znajdą chwilę radości w sercu.
- W sercu? - Staruszek przymknął oczy i pogrążył się w myślach na krótką chwilę. - Powiedz, kto dziś ma serce? Nie jako worek mięśniowy, ale worek chowający uczucia. Odpowiedz sobie na moje pytanie: od kiedy światem i ludźmi włada uczucie takie jak miłość o bliźniego, a nie o pieniądz czy władzę? Nie mam sił na dłuższą rozmowę. Jeśli stwierdzisz, że jesteś gotowy poznać prawdę, to przyjdź do mojej celi. Łatwo ją znajdziesz. - Simmon zrezygnowanym wzrokiem odprowadził staruszka. Rozejrzał się i dostrzegł, że większość więźniów zbiera się przed telewizorami. Nie mając nic do roboty dołączył do nich.

"A New Media" zaprasza na remake filmu "Epidemia"... Dwugodzinny film pokazywał losy lekarza, który dla ratowania kraju oddzielił chorych od świata i szukał lekarstwa na chorobę. Udało mu się i film zakończył się happy endem.

Simmon siedział zamyślony wśród krzeseł. Wszyscy po obejrzeniu filmu rozeszli się do swoich cel pozostawiając go z myślami. Wszyscy oprócz mężczyzny i kobiety, których spotkał rano. Prawdopodobnie byli małżeństwem i w dodatku szczęśliwym. Bez skrupułów całowali się namiętnie niczym w sztucznie przedłużanych scenach melodramatów. Simmon zajęty myślami nie zauważył jednak szczęśliwej pary. Zmęczony udał się do swojej celi na krótką drzemkę.

"Uciekając od zła uciekasz w gorsze". Simmon obudził się nie wiedząc jak długo spał. Zegarów nigdzie nie widział. Zamiast nich znalazł nowy napis na ścianie. Zapewne tego samego autorstwa co poprzednie. Simmon podniósł się z łóżka, opuścił celę i zajrzał do staruszka zdecydowany porozmawiać o "grze". Jednak zamiast niego znalazł tą samą parę co wcześniej szukając śniadania.
- Witamy w tym szczęśliwym dniu.
- Szczęśliwym? Jak możecie być tu szczęśliwi?
- Nie rozumiem cię. Mamy tu przecież rzeczy o których normalnie można jedynie pomarzyć.
- To ułuda! Czy nie czujecie, że jesteście więźniami, przetrzymywani wbrew swej woli?
- Ciszej... Po co ten krzyk? - mężczyzna podszedł do Simmona z palcem przyłożonym do ust.
- Krzyk?! - Simmon obrócił się spanikowany i dostrzegł staruszka wspinającego się na piętro - Spytajcie tego o człowieka, to będziecie wiedzieli po co krzyk! To wszystko jest jak fatamorgana! To ma wam po coś zaćmić umysł! Nie rozumiecie?
- Tak... Hmmm... - Mężczyzna spojrzał na staruszka. Ten wyglądał na spanikowanego i przecząco kręcił głową w stronę Simmona. Nagle ktoś pomógł mu zejść po schodach. Simmon nie widział kto. - Chyba powinniśmy porozmawiać.
- Gdzie on poszedł?
- On? A! Poczciwy wuj… Zaraz do niego dołączymy w mojej celi, co ty na to?
- A więc ty wiesz?
- Tak. - Mężczyzna uśmiechnął się. - Chodź, zaprowadzę cię tam.

Mężczyźni zeszli do hali i podążyli w stronę południowej ściany. Kobieta została w celi siwego staruszka, czemu Simmon zdawał się nie dziwić. Gdy dotarli na miejsce ich oczom ukazały się kolejne wejścia na piętro. Tajemniczy mężczyzna poprowadził Simmona przez jedno z nich. Na górze okazało się, że jest tu tylko jedna cela, za to zdecydowanie większa od tej którą miał dane zamieszkiwać. Nie było w niej jednak wuja.
- Martwisz się jego brakiem? Zaraz się tu zjawi, pewnie musiał coś zrobić po drodze. Wykorzystajmy ten czas. Powiedz, co zdążył ci... wuj... przekazać?
- Mówił, że to jakaś gra, o pięcioletnich przygotowaniach i takie tam. Ledwo go zrozumiałem, myślałem, że bredzi.
- Bo bredzi.
- Słucham?
- Widzisz... wuj jest chory nie tylko na AIDS, ale i psychicznie. No cóż, wybacz za te chwile zagubienia i radzę cieszyć się tutejszymi wynalazkami. - Mówiąc to miał spokojny wyraz twarzy, z którego nie znikał delikatny uśmiech.
- Ale... To co on mówił ma sens! Przecież ci wszyscy ludzie są tu wbrew sobie.
- Wydaje ci się. Też tak myślałem, ale pokazano mi, piękno tego miejsca i za nic w świecie nie chcę go opuszczać.
Simmon wstał i zaczął spacerować. Pogrążył się w myślach nie wiedząc co robić.
- Naprawdę, wiem że było to dla ciebie trochę szokujące, ale zrozum. Tu jest naprawdę wspaniale.
- Rozumiem. Uściśnij mnie chociaż na pocieszenie, dobrze?
- Nie ma sprawy... - Mężczyzna po raz pierwszy wydawał się zaskoczony. Gdy poklepywali się nawzajem w męskim uścisku, Simmon zapytał:
- Wiesz jak zostałem zarażony?
- Nie. Jak?
- Podczas akcji oberwałem zatrutą strzykawką. - Nagły i niewidoczny wręcz ruch zgasił życie w tajemniczym mężczyźnie szybciej niż jakakolwiek choroba. - Byłem w oddziale DELTA. Jestem marines, a od ciebie śmierdzi na kilometr kłamstwem.

W kieszeni martwego znalazł klucze i malutki notes. Znalazł w nim notkę z rozkazem: "... likwidować wszelkie problemy w zarodku". Staruszek! On już jest stracony. Myśl Simmon, myśl... Klucze, do czego pasują? Sprawdził czy w celi nie ma jakichś zamykanych szafek. Nie znalazł takowych. Wtedy przypomniał sobie o drzwiach zamykanych na klucz. Pospieszył na dół i dopadł drzwi którymi dzień wcześniej wszedł na halę. Nie bacząc na wzrok innych otworzył drzwi pogonił schodami w dół. Jednak nie skręcił w korytarz. Wiedział, że nie przebije się przez strażników i mur. Wybrał drogę schodami dalej w podziemia. Spirala schodów zdawała się nie mieć końca. Simmon zbiegał po nich już z dziesięć minut, a wciąż nie dotarł do żadnych drzwi. Nie rezygnował jednak i uparcie kontynuował bieg. Przy pokonywaniu któregoś stopnia źle postawił stopę i stracił równowagę. Sturlał się jak piłka kilkanaście pięter niżej. Zatrzymał się w końcu na jakiejś ścianie, lecz nie zdawał sobie z tego sprawy. Zemdlał.
- Poruczniku Simmonie Kovalski, słyszy mnie pan?
Niezwykle jasny blask tysięcy lamp raził oczy Simmona. Powoli otworzył oczy osłaniając je rękoma od światła. Potworny ból na całym ciele nie pozwalał trzeźwo myśleć. Zdał sobie sprawę jedynie z tego, że leży.
- Panie poruczniku, skoro już pan tu dotarł zabijając przy okazji naszego człowieka to chociaż odezwałby się pan do mnie.
- Gdzie jestem? - Simmon'owi powoli wracała świadomość.
- O, mamy postęp. Gdzie jesteśmy? W podziemiach, chyba tak to można nazwać. A dokładniej w laboratorium, a pan na stole operacyjnym. W dodatku cały połamany. Jak porucznik mógł doprowadzić się do takiego stanu?
- Czego chcesz?
- Twojego umysłu. Jest pan genialnym wojskowym, a to rzadko się zdarza. Szkoda marnować taki umysł.
- Co więc zrobisz? Wykorzystasz kalekę? - Krzywy uśmiech spadł na usta porucznika.
- Wykorzystać kalekę? Skąd takie oskarżenia? Mam po prostu dla pana ofertę.
- Dla mnie? Jaką?
- Dam panu nowe ciało, genetycznie zmutowane, które zapewni ci siłę i zdrowie. Ciało odporne na AIDS i inne choroby tego świata. W zamian pomoże mi pan, tak jak ten staruszek, znaleźć takich geniuszy.
- I to wszystko? Budujesz więzienie dla stworzenia armii inteligentów odpornych na wszystko i posłusznych tylko tobie?
- Ja tylko ratuję świat. Zabijam chorobę w zarodku i daję ludziom nowe możliwości, dłuższe życie. A więzienie dostarcza mi materiał do badań.
- I co będziesz z tego miał? Władzę nad światem?
- Zaszczyty, honory... One są ważne teraz, ale przetrwają tylko w starym systemie. U mnie liczy się tylko posłuszeństwo i dobro ludzkości. - Przecież to utopia! - Ale możliwa. Ja ją dokonam, więc zamknij teraz oczy. Za chwilę obudzisz się w nowym ciele. Będziesz się dziwnie czuł, ale przyzwyczaisz się. Więc zamknij oczy i zrelaksuj się. Dobranoc...

Yanoo Ž production

10 marca 2oo2

yanoo

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij