ostatnie 10 dodanych

Standardy

XHTML 1.1 Valid! CSS 2.0 Valid!

Statystyki

statystyki www stat.pl

 

Klon

22 Oct 2004 :: 23:42

Ciemna sala oświetlona słabymi, niebieskimi żarówkami. Kilku mężczyzn i kobiet w białych fartuchach. Na środku sali na stole operacyjnym leży coś na wzór trumny, tyle że przeźroczystej, bo ze szkła. Do trumny podłączone są dziesiątki kabli prowadzących do przeróżnych paneli i komputerów. Wszyscy w skupieniu wykonują swoje obowiązki: sprawdzają pomiary, kontrolują drobne szczegóły. Jednak w ich umysłach króluje tylko jedna myśl. Co chwilę ktoś spogląda na szklane pudło z nadzieją w oczach. Aż nagle jest... Lekkie skrzypnięcie. Ledwo widoczny ruch. Naukowcy jak jeden mąż oszukują, że są zaskoczeni. Nerwowo szukają krzesła, oparcia i sposobu by być jak najbliżej widowiska. Coraz odważniejsze ruchy zaczynają odgarniać maź, której pełno w trumnie. Jeden z odważniejszych obserwatorów zbliżył się do szkła chcąc dokładnie przyjrzeć się wydarzeniom w środku. Niczym zaciekawiony pies skrzywił pod lekkim kątem głowę i zbliżył ją. Nagłe uderzenie kończyną w ściankę odrzuciło go do tyłu. Ktoś zaśmiał się, lecz po za tym nikt nie zwrócił większej uwagi na incydent. Wszyscy woleli skorzystać na okazji i przyjrzeć się ciału, które wystraszyło naukowca. Była to ręka. Dłoń. Niezwykle chuda, wręcz koścista, ale znakomicie uformowana i sprawna. Co niektórzy na ten wniosek przytakująco pokiwało głową. Jedynie wystraszony mężczyzna w fartuchu i okularach odszedł zwalniając znakomite do obserwacji miejsce. Zbrzydł mu projekt. Wolał usiąść w kącie i zapalić papierosa. I był to jeden z nielicznych przypadków, gdy palenie uratowało komuś życie.

Butch Cassidy. Mężczyzna. Lat 27. Młody i genialny umysł, który szybko odkryto w trakcie jakichś testów robionych ochotnikom. Taki mały eksperyment rządowy w celu znalezienia w społeczeństwie geniuszy. Butch był jednym z nich. Jego oczy, mimo młodego wieku, były już na tyle słabe, że musiał nosić okulary. "To wszystko przez ten głupi komputer", mawiała jego mama. Okulary nie czyniły jednak ujmy na jego urodzie. W środowisku kobiet uchodził za przystojnego mężczyznę. W dodatku był wysportowany. On sam zdawał się tego nie dostrzegać, albo po prostu był zbyt zajęty by poświęcić czas na szukanie kobiety. Nawet w pracy nie zauważał piękna przyjaciółek i tego, że były na wyciągnięcie ręki. I właśnie teraz, gdy usiadł samotnie w narożniku sali laboratoryjnej paląc przy okazji papierosa, spojrzał na grupę współpracowników. Wśród nich była Janice. Jego rówieśniczka. Piękna i inteligentna kobieta o jasnych włosach. Kiedy tak na nią patrzył świat zatrzymał się dla niego. Czas płynął trzy razy wolniej niż normalnie, a wszelkie odgłosy nie docierały do jego świadomości. Chciał podnieść rękę i zaciągnąć się papierosem, ale nie mógł. Poczuł jakiś impuls, coś niesamowitego. Przełknął ślinę i zamarł. Nagle zdał sobie sprawę jak bardzo zaniedbał swój prawidłowy rozwój. Umiał obliczyć rzeczy, które nie śniły się Pitagorasowi, a nie wiedział jak się zachować, żyć wśród ludzi. Dla niego istniały tylko liczby, wykresy.... A co ma myśleć w sprawach bardziej ludzkich, a przede wszystkim: tak pospolitych, normalnych jak... miłość? Zgasił wściekłym ruchem papierosa, skulił się i schował głowę w objęciach ramion pogrążony w zadumie. Po chwili zasnął.

Kiedy Butch obudził się miał wrażenie, że minęły wieki, od kiedy ręka pierwszego sklonowanego człowieka wystraszyła go. Podniósł głowę i zza zamglonych oczu dostrzegł Janice. Leżała tuż przed nim z twarzą do podłogi. Lewa ręka była wyciągnięta do przodu, a palce układały się tak jakby próbowała coś złapać. Może jego? Butch przetarł oczy i zdał sobie sprawę, że wszystkie światła są pogaszone. Wstał i zbliżył się do koleżanki. Nie dawała znaków życia. Ukląkł przy niej i podniósł delikatnie głowę. Na jej twarzy malował się grymas bólu, rozpaczy i... strachu. Oczy były nieludzko szeroko otwarte. Wciąż nie kojarząc faktów położył jej głowę na zimnych kafelkach. Spojrzał na resztę ciała. Jej szyja... Janice miała najprawdopodobniej skręcony kark. Nie był, co prawda specjalistą w medycynie, ale mógł przysiąc, że tak było naprawdę. Cassidy zamknął powieki kobiety i wstał z klęczek. Poczuł zawroty głowy. Nawet nie próbował się opanować. Otarł tylko łzy wypływające powoli z jego zmęczonych oczu i zemdlał.

Kiedy się obudził chciał by wcześniejsze przeżycie było jedynie snem. Spojrzał na podłogę i zamiast zimnego, martwego ciała spotkał jedynie pustkę i kafelki. Nie rozumiejąc co się dzieje zamrugał oczyma jakby chciał odgonić z nich jakąś pajęczynę. Wstał i rozejrzał się wokół. Nigdzie nie dostrzegł żadnego ciała. Butch postanowił sprawdzić najpierw szklaną trumnę. Ostrożnie podszedł do niej. Do jego nozdrzy dotarł okropny odór. Wieko trumny było rozbite tak, jakby jej były lokator wyskoczył z niej nagle. Wokół stołu pełno było szarej mazi, nad którą unosiła się lekka mgiełka. Butch zbliżył się do szklanego pudła ściskając przy tym nos. Poprzez wybity otwór zauważył jakąś białą szmatę... Miejscami była ona poplamiona czerwoną mazią. Cassidy przełknął ślinę i zdecydował się odwrócić nieszczęśnika. W środku leżało martwe ciało jednego z naukowców. Był to mężczyzna, jednak kwas wypalił mu twarz do tego stopnia, że Butch nie był w stanie go rozpoznać. W brzuchu świeciły krwawe dziury wielkości pięści. Butch po raz drugi tego samego dnia poczuł zawroty głowy. Smród i widok zmasakrowanego ciała podziałały na niego bezlitośnie. Zwymiotował mimo, że nie jadł od wielu godzin. Kiedy skończył uciekł poza obręb nieprzyjemnego zapachu i rozlanej mazi. "Pomyśl Butch, pomyśl.... Jesteś przecież matematykiem, specem od myślenia. Wykombinuj coś! Przynajmniej się opanuj...". Butch oddychał ciężko. Sprawiał wrażenie człowieka, który po długim biegu w lesie zgubił drogę. Zdołał w końcu opanować myśli i ruszył w poszukiwaniu wyjścia. Mimo słabej widoczności był w stanie zorientować się, w którym miejscu wielkiej sali laboratoryjnej się znajduje. Po omacku dotarł do zewnętrznej ściany i rozpoczął wędrówkę ku wyjściu. Po kilku minutach i tyleż potknięciach dostrzegł słabe światło przed sobą. Wydobywało się ono z wąskiego ujścia, jakby przez szparę. Zbliżając się do niej usiłował przypomnieć sobie hasło otwierające drzwi. Na miejscu owe starania okazały się niepotrzebne. Drzwi i tak były otwarte, choć jedynie częściowo, a z cyfrowego zamka wystawał duży i zapewne bardzo ostry kawał szkła uniemożliwiając wpisanie hasła. Butch przecisnął się bez większych problemów przez drzwi i rozejrzał po korytarzu.

Przyzwyczajone do mroków sali laboratoryjnej oczy nie mogły początkowo przyzwyczaić się do jasnych ścian i ostrego światła na korytarzu. Butch, jedną ręką osłaniając oczy, a drugą opierając o ścianę, ruszył przed siebie. Sala laboratoryjna tak naprawdę była okrągła, a w niej roiło się od mniejszych pomieszczeń. Korytarz, którym szedł Butch, również był okrągły, a przy tym niesamowicie długi. Prowadził jednak tylko do kilku pomieszczeń. Jednym z nich, a zarazem najbliższym, była stołówka, w której to Butch miał nadzieję kogoś znaleźć. Nawet gdyby miał spotkać tego, kto odpowiadał za to całe zamieszanie.

Kilka minut drogi wystarczyło dla biednych oczu i dotarcie do drzwi stołówki. Widząc je Cassidy mimo woli przyspieszył. Po drodze potknął się o własne nogi i zwalił na ziemię jak kłoda. Szybko wstał i dobiegł do drzwi. Otworzył je i jak taran wpadł do środka. Nim jednak zdołał zorientować się w sytuacji dopadła do niego jakaś postać, chwyciła jedną ręką za szyję a drugą przystawiła nóż do gardła. Nagły przypływ adrenaliny obezwładnił ciało. Butch poczuł pot na czole oraz kompletnie znieruchomiał. Dla osób trzecich mógł przypominać kogoś porażonego wzrokiem przez bazyliszka. Obcy zdawał się równie przestraszony jak jego ofiara. Po chwili wahania spytał:
- Ktoś ty?
Butch nabrał powietrza w płuca i odpowiedział jednym tchem:
- Butch Cassidy, matematyk pierwszego stopnia zatrudniony pięć miesięcy temu w celach wyliczenia pewnych zawiłych zależności; człowiek niegroźny i bezbronny... - Wypowiadając ostatnie słowo Butch zdawał się słabnąć, albo po prostu chciał zaakcentować swoją słabość.
- Butch! Ty draniu, wystraszyłeś mnie! - Zdziwiony odwrócił się i rozpoznał swojego niedoszłego oprawcę. Był nim Ed, nazwiska nie pamiętał. To on zaśmiał się z Butcha, gdy wystraszyła go ręka. Teraz sam był blady ze strachu.
- Co się stało? Gdzie inni?
- Inni? Jacy inni? Byłem pewny, że wszyscy nie żyją, łącznie z tobą. Ten... To coś zabiło ich wszystkich. Gołymi rękoma.
- Jak więc przeżyłeś? I skąd wiesz, że wszystkich zabił?
- Posłuchaj! Gdy się oddaliłeś on w końcu się obudził. Rozbił wieko i wyszedł jakby nigdy nic. Rozumiesz??? To było pancerne szkło, a on je rozbił gołą pięścią! Ci głupcy... Jako jedyny zareagowałem... Mówiłem: coś tu nie gra. Ale oni swoje... Byli tak ślepo zafascynowani... Przyznaję, uciekłem. Każdy jednak powinien uciec. Gdy się wycofywałem usłyszałem pisk, to chyba była Janice. Złapał ją, chyba jakimś cudem się wyrwała... Nie wiem. Odwróciłem się szybko i uciekłem do drzwi. Nagle zgasły światła. Biegnąc słyszałem jedynie wrzask. Nagle, gdy dopadłem do drzwi razem z Murphym i wpisywałem kod, usłyszałem tupot, jakby końskich kopyt. To był on. Stawiał kroki... Nie... To nie były kroki. To były kilkumetrowe skoki, ale oddawane z lekkością kroków. Jakie on musiał mieć mięśnie... - Butcha zdziwił trochę podziw w głosie Eda. Nie przerywał mu jednak. - Wpisałem szybko kod i przecisnąłem przez wpół otwarte drzwi. Ponaglałem Murphego, ale strach sparaliżował jego ruchy. Nagły świst w powietrzu... Coś musiało uszkodzić zamek i drzwi zamknęły się automatycznie. To, co się wydarzyło w środku, możemy sobie jedynie wyobrazić... Ale jakim cudem ty przeżyłeś? Wyszedłeś stamtąd przed tym wszystkim, czy co?
- Ja... - Butch opowiedział mu wszystko. - Zastanawiam się tylko gdzie podziały się ciała i czemu się mną nie zajął?
- ... mięśnie... cóż za siła skoro sam otworzył drzwi... Co mówiłeś?.. taaak, ciekawe.
- Dobrze się czujesz? Mamroczesz coś pod nosem, mam nadzieję, że to nie obłęd. - Butch zdobył się na lekki uśmiech.
- Nie, nie... tylko... Mówisz, że ciała znikły? Może.. ale to bez sensu...
- Co? W matematyce nie raz się przekonałem, że wszystko może mieć sens. Nawet najgłupsze z pozoru możliwości.
- Może on zabrał te ciała by je sklonować?
- Jezu...

Było ich dwóch. On był sam... chyba. Jednak nawet gdyby było ich pięć razy więcej, to przeciwko takiemu potworowi nie mieli szans. Trzeba było coś wykombinować. Teraz, w drodze do sali prototypowej. Mieściła się ona po przeciwnej stronie co stołówka. Minęli już biegnąc drzwi do laboratorium. Pozostało im około pięć minut drogi.
- Ile trumien jest gotowych do użycia?
- To były prototypy. Dlatego mamy ich dopiero pięć. - Dopiero, pytał się w duchu Butch, przeklinając zarazem człowieka za to, że próbuje się bawić w Boga. Gdy w końcu ich oczom ukazały się drzwi zobaczyli krew, pełno krwi u ich progu.
- Czekaj! Muszę złapać oddech. Wytłumacz mi przy okazji:, co poszło nie tak tym razem?
- Mnie się pytasz? Ja jestem tylko koordynatorem tych wszystkich działań. Sam tak naprawdę nie rozumiem połowy z tego wszystkiego. Ale bawiąc się w zgaduj - zgadulę... Może Pan Bóg postanowił zachować sobie monopol do nadawania duszy ciału. Bo ten potwór duszy nie ma!
- Może... Uff... Chodźmy więc i nauczmy go manier.

Zbliżyli się ostrożnie do uchylonych drzwi. Nagle Ed wpadł na jakiś pomysł. Nakazał palcem ciszę i zbliżył się do wejścia. Zajrzał ukradkiem i dał znak Butchowi żeby na razie nie wchodził. Po kilku minutach grobowej ciszy Cassidy nie wytrzymał i wszedł ostrożnie do środka. Pomieszczenie wyglądało jak silos od środka. Okrągłe pomieszczenie wysokie na kilkanaście pięter. Przy ścianach biegły wąskie chodniczki, które jak spirala prowadziły w górę i dół. Na dole, kilka pięter niżej, widniała wielka machina oraz jakaś naga postać uwijająca się pracowicie jak mrówka. Gdy Butch spojrzał w górę zrozumiał skąd krew za drzwiami. Ciało jednego z naukowców, kompletnie wypatroszone, rozszarpane i w najmniejszym nawet stopniu nie przypominające człowieka wisiało pod chodnikiem jakby ku przestrodze. Butch mógł dokładnie przyjrzeć się jak wyglądają wnętrzności człowieka. Chyba tylko gigantyczny szok uratował go przed wyrzyganiem własnych wnętrzności. Butch z trudem odciągając wzrok od zmasakrowanego ciała ukląkł i po raz pierwszy od wielu lat pomodlił się. Kiedy skończył wstał z klęczek. Rozejrzał się za Edem, lecz nie mógł go uchwycić wzrokiem. Wobec tego postanowił zejść na dół, na spotkanie ze stworzeniem, którego jest współtwórcą.

Kiedy był już tylko dwa piętra nad klonem przystanął by mu się dokładniej przyjrzeć. Klon przypominał budową ciała kulturystę, w dodatku nagiego. Poza budzącymi podziw mięśniami miał także niesamowicie szybkie ruchy. Między trumnami uwijał się dwu, a nawet trzykrotnie szybciej niż jakikolwiek człowiek. Trumny.... Szklane pudła, w których powstawał klon człowieka. Było ich tam pięć. Obok nich leżała sterta ciał martwych naukowców. Tylko jedna trumna była wypełniona mazią... Klon zbliżył się do sterty ciał i wybrał jedno z nich. To była Janice. Butchowi serce zabiło szybciej i mocniej. Klon włożył jej ciało do trumny i zamknął. Chciał ruszyć z miejsca, ale zrezygnował. Spojrzał w górę, w oczy Butcha. Cassidy miał wrażenie, że klon się uśmiechnął. Bynajmniej nie wyglądał na uśmiech przyjacielski. Klon wrócił do swoich zajęć ignorując intruza. Uruchomił maszynę i usiadł przyglądając się efektom. Butch zdał sobie sprawę, że twór nie zamierza go zabić. Ciało Janice było już przygotowane do sklnowania. Butch zszedł na dół i zbliżył się do kabiny, w której powstawało nowe ciało. Klon spojrzał na niego. Mimo góry mięśni, w środku był równie słaby jak inni. On... płakał. Łzy od czasu do czasu wypływały z jego oczu, które utkwione były w ciele kobiety. Kobiety, która powstawała w kabinie do klonowania. Kobiety, którą kochali obaj. Klon spojrzał na chwilę w oczy Butcha jakby chciał potwierdzić jego myśli.
- Dlatego mnie nie zabiłeś? Odpowiedz, ty bezduszna góro mięśni!!!
- Góra mięśni... O tak! - Ed zjawił się tak niespodziewanie, jak zniknął. Schodził właśnie z chodnika paradując przy tym jak generał. - Czy nie uważasz, że nasz żołnierz jest doskonały? Wspaniała siła, gigantyczne możliwości. Zero sprzeciwu, zero litości. Z twoją pomocą dopracuję projekt tak, że już nikogo nie pozostawi żywego. Oni zginęli, bo byli niepotrzebni. Ty jednak... Ty jesteś genialny, a genialnych umysłów się nie marnuje.
- Czemu więc go nie sklonujesz?
- Bo klonowanie robi wodę z mózgu!! Dobrze, że chociaż rozkazy rozumie. Kazałem mu poddać sklonowaniu jakąś osobę, nie wiesz kogo wybrał?
- Wybrał kobietę.
- Kobietę?! Hmm... Wiesz... Chyba będziesz miał ułatwione zadanie. Kobietę łatwiej powinno być przerobić, khe? - Ed zdawał się nie doceniać kobiet. Zakrztusił się własną ignorancją. - Lepiej zabierz się do roboty... khe, khe... Zanim ona zostanie skopiowana, masz dopilnować by jej mózg był kompletnie tępy. Ona nie może myśleć, za to ma wypełniać i rozumieć rozkazy!
- Nie wiem czy ten za tobą się zgodzi... - Ed zmarszczył ze zdziwieniem brwi i odwrócił się. Ujrzał nagiego i bardzo silnego człowieka. W jego oczach nie było nienawiści. Były tylko łzy. Mnóstwo łez. Złapał błyskawicznie głowę Eda i zmiażdżył ją jak skorupę orzecha. Ciało pozbawione tego niezbędnego do życia elementu padło na ziemię. Krew rozlała się po posadzce. Klon wypuścił z rąk resztki czaszki i mózgu. Spojrzał na Butcha. Ten pokiwał ze zrozumieniem głową i dokończył proces klonowania. Na kilka minut przed końcem opuścił pomieszczenie. Wiedział, że stworzyli nowy gatunek. Klon człowieka nie był człowiekiem. Był czymś kompletnie nowym. Gatunkiem, który mógł zastąpić nas na drodze ewolucji. Albo współżyć z nami. Chyba jednak jest trochę prawdy w stwierdzeniu, że sami zgotujemy sobie swój koniec.

Yanoo Ž production

30 marca 2oo2

yanoo

Komentarze:

imię:
mail: [opcjonalnie]
smile wink wassat tongue laughing sad angry crying splash bad hmm argue
blink cool dry ohmy biggrin rolleyes kiss sleep unsure businesssmiley ble sly
yes saliva scream wall yaw happy dizzy sweat yeah look lookaround swot
bow censored gaffe no ok phi quiet read shit 
| Zapomnij